Tak jak w większości krajów europejskich, również i w Rumunii opinia publiczna jest podzielona w sprawie przyjmowania uchodźców z Bliskiego Wschodu. Debata często skupia się na porównywaniu obecnych migrantów z Rumunami, którzy uciekali od komunizmu lub z tymi, którzy opuścili kraj po upadku reżimu Nicolae Ceauşescu w 1989 r.

Według politologa Sorina Bocancea takie porównanie nie jest jednak uprawnione, gdyż wówczas chodziło raczej o pojedyncze osoby, które wyjeżdżały lub przedostawały się przez żelazną kurtynę do Europy Zachodniej, a nie z wielkimi grupami jak to ma miejsce obecnie. Na łamach dziennika Adevărul, Bocancea podkreśla, że – w istocie rzeczy – dzisiejszym uchodźcom nie chodzi o ucieczkę przed wojną, lecz o polepszenie warunków życia:

Prawdziwy uchodźca szuka najbliższego kraju, gdzie jest bezpiecznie. Dlaczego dzisiejsi migranci nie zatrzymują się w pierwszym bezpiecznym państwie? Czy bezpieczeństwo w Niemczech jest lepsze od tego w Turcji? […] Bezpieczeństwo to bezpieczeństwo, bez względu na miejsce. Ale, rzecz jasna, warunki życia są różne! Tymczasem migrujący twierdzą, że nie są migrantami ekonomicznymi, ale uchodźcami. A przecież uchodźcy pragną tylko pokoju, nie są poszukiwaczami skarbów.

Ponadto, jak wyjaśnia Bocancea, emigranci z Rumunii nie byli zorganizowani w grupy zgłaszające roszczenia i łatwo poddawali się „integracji" w przyjmujących ich krajach.

Emigranci rumuńscy nie domagali się przewiezienia do wybranego kraju, tak jak to dzieje się obecnie, ale chcieli dotrzeć do miejsca, gdzie panowała demokracja. [...] Rumuni, którzy wyemigrowali po 1989 r. nie rozszarpywali barier z drutu kolczastego, ale czekali na pozwolenie na pracę.

Przyznając, że pokazywane przez media zdjęcia utopionych dzieci imigrantów wywarły druzgocący efekt, politolog zauważa jednak, że nie należy zapominać o rodzicach:

Jaką ochronę zapewniają oni dzieciom, przemieszczając się tysiące kilometrów dalej od pierwszych bezpiecznych krajów? Jaką ochronę zapewnia uchodźca, który zabiera swoje dziecko na przeładowaną łódź albo kładzie je na torach, aby wymusić decyzję władz? Dlaczego radykalni humaniści nie zwracają uwagi na stopień nieodpowiedzialności tych ludzi? Migranci także mogą być nieodpowiedzialni.

Odmienny stosunek do tego tematu ma młoda pisarka i blogerka Daniela Ratiu, która w tej samej gazecie podkreśla, że nadszedł czas, aby zmierzyć się z tym wszystkim, co jak do tej pory sądzono, nie dotyczyło Rumunii.

Europa musi skonfrontować się z wartościami, które – jak twierdzi – stanowią jej istotę. W jaki sposób zbudowano nasze społeczeństwa, za kogo lubimy się uważać, w jaki sposób chcemy być postrzegani jako nosiciele cywilizacji. [...] Obrazy emitowane w kółko przez wszystkie telewizje świata mają w sobie coś biblijnego. Europa straciła swoją empatię, zamknęła się w swoich murach, ze swoimi luksusowymi samochodami, autostradami, instytucjami pod pompatycznymi szyldami, swoim coraz lepszym życiem, wszakże na kredyt, ale przyjemnym, pomimo kryzysu gospodarczego, który w kontekście problemu uchodźców wydaje się być najmniejszym z jej zmartwień. Ten rozłam najlepiej obrazuje dysproporcja między emocjami wywołanymi zamachami na Charlie Hebdo a całkowitym brakiem uczuć i reakcji publicznej, politycznej, czy nawet wojskowej po zamachach, które miały miejsce nie w cywilizowanej Europie, ale gdzie indziej, gdzie straciło życie wiele kobiet i dzieci i utonęło wielu nieszczęsnych uchodźców. W tym czasie Europejczycy zajmowali się sobą, biesiadowali w dobrych restauracjach lub spędzali wakacje w promieniach słońca. Nikt nie wyszedł na ulice, aby wyrazić solidarność z ofiarami zamachów poza Europą. Przyczyna jest prosta, Europa stała się samolubna i z jej punktu widzenia tylko my jesteśmy ludźmi, podczas gdy inni są czystą abstrakcją.

Tłum. Władysław Bibrowski