Cover

„Tylko naiwni mogą sądzić, że berlińscy czy brukselscy politycy przejmują się kształtem polskiego Trybunału Konstytucyjnego czy mediów publicznych”, pisze Mariusz Staniszewski w tygodniku Wprost, który porównuje europejskich decydentów Guy Verhofstadta, Martina Schulza, Angelę Merkel, Jean-Claude'a Junckera i Günthera Oettingera do dowódców Osi.

Publicysta magazynu uważa, że nacisk Unii na polski rząd staczający się ponoć w kierunku autorytaryzmu to element „gry o miliardy euro, które pozostaną w Polsce lub będą nadal będą wypływać do Niemiec lub Francji”. Europejscy przywódcy mniej obawiają się tak głośno krytykowanych posunięć, co „trzech innych projektów, które PiS zapowiadał w kampanii, a teraz nad nimi pracuje”. Staniszewski wyjaśnia, że chodzi o „podatek bankowy,podatek obrotowy od supermarketów i rozwiązanie zadłużenia frankowiczów”. Wprowadzenie tych rozwiązań oznaczałoby, że „strumień pieniędzy wypływających z Polski znacznie by się skurczył”. Staniszewski oskarża Niemcy o dominację w Europie, a Angelę Merkel o to, że była w stanie

wpływać na wymianę rządów w Rzymie, Atenach czy Madrycie. Taka sytuacja jest w dużej mierze spełnieniem niemieckich dążeń, jakie pojawiają się w tym kraju od stuleci. Jako żywo przypomina to projekt, jaki zgłosił Wilhelm II, niemiecki cesarz, we wrześniu 1914 r. po pierwszym etapie I wojny, w którym Niemcy znacznie poszerzyły swoje granice, kajzer przedstawił plan dla Niemiec, który zakładał m.in. stworzenie związku gospodarczego obejmującego Francję, Belgię, Holandię, Danię, Austro-Węgry,Polskę, Norwegię i oczywiście Niemcy. Miała to być unia celna, a nie polityczna, a przewodzić jej miał Berlin. Kajzer planował też, że Polska i państwa bałtyckie zostaną wyrwane Rosji. Polska miała być państwem niezależnym, a państwa bałtyckie wcielone do Niemiec lub Polski. Z pewnymi modyfikacjami ten plan jest realizowany dziś, tyle że Berlin otrzymał jeszcze dodatkowe narzędzie nacisku – unijną biurokrację. W założeniu instytucje unijne miały miały zapobiegać dominacji jednego kraju – oczywiście od początku chodziło o Niemcy – nad całym kontynentem. W rzeczywistości dały najsilniejszemu krajowi UE możliwość wywierania jeszcze silniejszej presji na państwa narodowe.