Wzrost zablokowany przez państwa narodowe

Według redaktora tygodnika Die Zeit Josefa Joffe europejski projekt załamał się w związku z oporem państw członkowskich wobec rezygnacji ze swojej suwerenności.

Opublikowano w dniu 9 maja 2013 o 11:28

Muszę zacząć od małej poprawki. Otóż, jeśli chodzi o numer telefonu do Europy, to Niall Ferguson myli się. Taki numer istnieje: to numer do Catherine Ashton. Wybierasz go i automatyczna sekretarka mówi: „Niemcy – wciśnij 1, Francja – wciśnij 2”. Ale chciałem mówić o czymś innym. Uważam, że idea europejska jest cudowna.
W końcu Zeus, bóg nad bogami, zaryzykował los swego małżeństwa, by uciec z Europą, w której się zadurzył. A rzymski poeta Owidiusz śpiewa o niej, gdy wypłynąwszy na otwarte morze, „jedną ręką za rogi się trzyma, drugą za grzbiet”.
Europa była też wspaniałym konceptem w innej erze, gdy po dwóch potwornych wojnach zdecydowała się zjednoczyć. Co za cudowna opowieść! Najpierw zbliżyło się do siebie sześć narodów, łącząc przemysły stalowy i węglowy. Potem powoli tworzył się wspólny rynek dóbr, usług i ludzi.

Ofiara własnego sukcesu?

Następny etap to demokracja à la Cohn-Bendit: z Europejskim Parlamentem, a potem wspólną walutą, która odesłała w niebyt franki, pesety czy drachmy. Teraz mamy dwudziestu siedmiu członków. Euro rządzi od Portugalii po granicę Polski. Co dalej?
Oczywiście! Stany Zjednoczone Europy! [Daniel Cohn-Bendit wykrzykuje z widowni „tak!”]
Otóż nie, przeciwnie! Europa na naszych oczach się rozpada! Największy eksperyment od czasów, gdy trzynaście amerykańskich kolonii utworzyło Stany Zjednoczone, teraz jest w fazie zagrażającego mu śmiertelnie kryzysu. Cóż więc powstrzymało ten marsz, który kiedyś wydawał się nie do zastopowania?
Pomyślmy o procesie integracji jako o wspinaniu się w Górach Skalistych czy Alpach. Na początku mamy niewielkie wzniesienia. Łatwizna. Potem jednak, gdy pniemy się w górę jest coraz ciężej, a i powietrze się rozrzedza.
Wreszcie dochodzimy do stromego urwiska, powiedzmy północnej ściany szwajcarskiego Eigru. To urwisko stanowi jądro narodowej suwerenności.

Pod ścianą

Tu właśnie się dziś znajdujemy. Za chwilę nasze największe osiągnięcie, wspólna waluta, pogrzebie nas wszystkich. Zaszliśmy tak daleko, co więc teraz uczynić? Są tylko trzy drogi: można się wycofać, zatrzymać, albo zaatakować.
Weźmy ostatnią z tych możliwości: przypuszczamy atak i wspinamy się do Stanów Zjednoczonych Europy? Przecież góra mówi do nas złowrogo: „Popatrzcie tylko na swoją drużynę – sami maruderzy, kalecy, łotrzy i gapowicze...”.
A ponieważ tak się składa, że góra jest naprawdę dobrze wykształcona, od razu dodaje, że bez wojny nie ma prawdziwego zjednoczenia. To podczas konfliktu najsilniejsze państwo wymusza na reszcie zwarcie szyków w jeden kraj.
Tak właśnie stało się we Włoszech i w Niemczech, ale również w Stanach. Bo przecież tak zwana wojna domowa była w rzeczywistości wojną o zjednoczenie narodowe. Podobnego konfliktu w Europie nie będzie. Dzięki Bogu nie będziemy mieli swojego Bismarcka czy Lincolna.

Bezwolne fajtłapy

Ale cóż ten straszny kryzys nam mówi? Otóż to, że nie możemy wejść na szczyt, jeśli nie będziemy mieli ku temu wystarczających umiejętności, ale też woli. Tyle że brakuje nam i tego, i tego. W dodatku tak będzie zawsze. Powody są dwa.
Po pierwsze, nie możemy i nie chcemy pozbyć się największego kawałka demokratycznej suwerenności: zdolności do nakładania podatków i zarządzania wydatkami.
Po drugie, nasza drużyna jest podzielona. Tylko dwóch, trzech, może czterech członków ma w sobie wystarczającą dyscyplinę i wytrzymałość, by przeć naprzód. Reszta cierpi na nadwagę, jest leniwa albo brakuje jej tchu.
Wróćmy więc do metafory ze zdobywaniem szczytu. Z punktu widzenia polityki trzeba powiedzieć jasno, że Europa zbankrutowała, a Niemcy nie chcą i nie mogą pokryć rachunku.
Nawet Francja nie ma już pieniędzy. Co więcej, maruderzy nawet nie myślą o tym, by powrócić do obozu, żeby po morderczych ćwiczeniach odnaleźć dawną formę. A to dlatego, że ćwiczenia te zabiły już w przeszłości zbyt wiele rządów.

Newsletter w języku polskim

Gdy stawką jest suwerenność

Największym problemem jest upór państwa narodowego, które nie odpuści, gdy stawką staje się suwerenność. Niemcy mówią, że koniec przyjaźni wyznacza pieniądz. Wyznacza on też jednak kres integracji. Europa nie skacze już sobie po pagórkach. Teraz stoi przed urwiskiem.
Czyżby więc była już tylko historią? Tego jeszcze nie wiemy. Ale możemy być pewni tego, że w jednym ważnym sensie nasz eksperyment się nie powiódł.
Cudowne marzenie, które powstało w latach pięćdziesiątych zeszłego stulecia – sen o nieustannej wspinaczce – zderzył się z nieprzyjemną rzeczywistością państw narodowych. Ta rzeczywistość się nie rozpłynie w powietrzu.
Spytajmy szczerze, jak wielu Francuzów, Włochów, Niemców czy Polaków zechce rozstać się ze swoją liczącą sobie dwa tysiące lat historią? Kto z nich wolałby, ażeby rządziła nim Bruksela, a nie jego własna stolica?
Pozwólcie więc, że zakończę modlitwą. Módlmy się, by nieunkniony krach euro, naszego najambitniejszego eksperymentu, nie pogrzebał również całej reszty Wspólnoty.
Błagajmy Zeusa, by uratował Europę przed wzburzonymi falami. By doprowadził ją do spokojnej przystani. Rzecz bowiem w tym, że nie jest ona w stanie podbić morza państw narodowych. Tyle, że jeśli utonie, również Kanada i Stany Zjednoczone nie będą mogły dalej kwitnąć.

Powyższy artykuł jest zapisem wypowiedzi Josefa Joffe podczas debaty Munka w Toronto, zatytułowanej „Czy europejski eksperyment się nie udał?”. Opublikowany został w ramach tematu z okładki – „Europa pod obstrzałem” – wydawanego przez Il Sole 24 Ore magazynu IL, który ukazał się w kwietniu 2013 r.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat