Banki mogą rozsadzić euro

Zapomnijmy o debacie „oszczędności kontra wzrost”, przyszłość wspólnej waluty rozgrywa się w sektorze bankowym. Kryzys sprawił, że państwa i instytucje stały się tak zależne od siebie, że nawzajem się osłabiają.

Opublikowano w dniu 14 maja 2012 o 09:49

Nie da się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyciągnąć wzrostu gospodarczego z kapelusza, zwłaszcza wtedy, kiedy nie ma pieniędzy na inwestycje. Dlatego właśnie Daniel Gros nie może się nadziwić, czemu europejscy politycy w kółko powtarzają jedno słowo – właśnie wzrost.

Zdaniem niemieckiego ekonomisty z brukselskiego think tanku CEPS dyskusja „oszczędności kontra wzrost” jest „fałszywą debatą”, która nie przyspiesza ani o krok rozwiązania kryzysu euro. Prawdziwa debata, twierdzi, powinna dotyczyć banków, zwłaszcza banków z Europy Południowej, których kondycja jest znacznie gorsza, niż sądzono.

„Greckie i hiszpańskie banki tkwią po uszy w długach”, tłumaczy Gros. „Tylko Europa może je uratować, rządy Grecji i Hiszpanii są na to za słabe. To problem europejski o fundamentalnym znaczeniu”. W ubiegłym roku, w wyniku silnych nacisków politycznych, europejskie banki zgodziły się na „drobne cięcia”, czyli na rezygnację ze spłaty długu państwa greckiego.

Od tamtej pory te same banki wycofują się – przed kolejnymi „drobnymi cięciami” – z południowej części strefy euro. Inwestorzy zagraniczni jeden za drugim opuszczają Hiszpanię, Włochy i Portugalię. W Grecji zaczął się już następny etap – nawet Grecy lokują pieniądze za granicą. Według Grosa ucieczka kapitałów przybrała ogromne rozmiary. „Cztery, pięć, sześć miliardów miesięcznie. Nikt nie jest w stanie tego zatrzymać”.

Newsletter w języku polskim

Patriotyczne pożyczki

Ewolucji tej towarzyszy inne jeszcze zjawisko, co najmniej równie dotkliwe, oto w wyniku wycofywania się banków z Europy Północnej, te z Europy Południowej pogrążają się coraz bardziej w długach. Ponieważ te same obligacje państwowe, których zagraniczni inwestorzy się pozbywają, są kupowane przez instytucje finansowe z Południa. Robią to one pod naciskiem swoich rządów, ale również po to, żeby zarobić. Albowiem w zamian za tę przysługę rządy zaciągają u nich kolejne pożyczki na korzystnym dla banków oprocentowaniu.

Nawet bardzo korzystnym. Minionej zimy Europejski Bank Centralny przyznał bardzo tanie kredyty na kwotę 1 000 miliardów euro, by utrzymać wymianę europejskich pożyczek. Banki Europy południowej bardzo chętnie wykorzystują te kredyty oprocentowane na 1% na pożyczki dla swoich rządów, z których mają 6% lub więcej zysku. Taki akt patriotyzmu, na którym można zbić pieniądze. Można by to uznać za jakieś tam rozwiązanie, tyle tylko że stwarza to niezdrową dynamikę – banki i rządy stają się tak bardzo od siebie zależne, że nawzajem się osłabiają.

Zdaniem Grosa „greckie banki są całkowicie przegrane”. Wygląda to na problem o wymiarze krajowym. Ale to tylko złudzenie. No bo co się stanie, jeśli nagle banki z Południa nie spłacą (nie będą mogły spłacić) swoich długów? „Z powodu euro jesteśmy wszyscy w tym samym systemie”, tłumaczy Thierry Philipponnat z grupy lobbingowej Finance Watch.

System bankowy się pruje

EBC to w sensie pośrednim my. My wszyscy. Inne kraje strefy euro będą musiały pospieszyć z pomocą, jeśli sprawy w Europie Południowej przybiorą zły obrót. Po prostu dlatego, żeby uratować europejską unię walutową. Stąd właśnie Niemcy i Holandia tak bardzo naciskają na EBC, by skończył z tanimi pożyczkami. Wewnętrzny rynek finansowy to fundament euro. Ucieczka kapitałów z Południa na Północ niszczy tę tkankę. „Po raz pierwszy od początku lat 80. integracja finansowa w Europie się cofa”, zauważa Ignazio Angeloni, doradca EBC z Frankfurtu.

Francuzi mają na opisanie tego zjawiska wspaniałe słowo: „détricotage”. Banki wycofują się poza granice kraju jak trykot, którego oczko się pruje – by wzmocnić się w jednym kraju, udzielają coraz mniej pożyczek w drugim. Banki centralne na Północy działają według bardziej rygorystycznych zasad niż na Południu. „Nagle zaczyna być ważna geografia”, odnotowuje lobbysta Philipponnat. Pewien londyński bankier zauważył to niedawno podczas wizyty chińskiej delegacji. Pierwsze pytanie Chińczyków brzmiało: „Jak można odróżnić grecki banknot euro od niemieckiego?”.

Wiele osób twierdzi, że tylko europejska unia bankowa może uwolnić banki i rządy z tego dławiącego uścisku. Unia bankowa z funduszem zasilanym przez same banki, dzięki której rządy nie byłyby już zmuszone kompensować bankructw. Można by rozwiązać w ten sposób trawiący dziś świat dylemat określany jako „to big to fall” [zbyt potężny, by upaść] – wielkie banki mogą sobie obecnie na wszystko pozwolić, mając pewność, że i tak rząd je uratuje, jeśli sprawy źle się potoczą. Gdyby same miały na tym ucierpieć, inaczej by oceniały ryzyko.

Niechciane regulacje

Komisja Europejska przygotowała pewną propozycję. Ale zwleka z jej ogłoszeniem od dwóch lat, bo państwa członkowskiej jej nie chcą. Ponieważ zakłada silny europejski nadzór. A to oznacza przekazanie narodowej suwerenności stanowiące dla wielu krajów kłopot lub temat tabu.

Europa drepcze w miejscu.

Ponieważ rządy nie chcą stworzyć europejskiego systemu regulacji finansowych, podatnik musi się coraz bardziej liczyć z tym, że przyjdzie mu zapłacić europejskie rachunki w postaci pakietów ratunkowych pochłaniających miliardy euro. A wtedy zostanie już bardzo mało pieniędzy na stymulowanie wzrostu, które tak dziś lansuje François Hollande.

„Największym zagrożeniem dla stabilności finansowej Europy jest fakt, że kraje strefy euro są finansowane przez banki, które – w chwili zagrożenia bankructwem – zależą od rządów, którym pożyczają pieniądze”, tłumaczył ostatnio Philipponnat na konferencji zorganizowanej przez EBC. „Wszyscy dobrze wiemy – tak być nie może”.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat