To nieprawda, że kryzys spowodował rozpad państwa. On raczej podzielił je na dwie części. Dwa dające się porównać kraje, każdy mówiący swoim własnym językiem i mający swój własny system wartości.

Pierwsze państwo nazywa się krainą Nama*, szalonym królestwem, którego poddani mają nieograniczone zasoby finansowe. Używane tam liczby są tak ogromne, że w zasadzie nie sposób ich objąć myślą. Warto rozważyć chociaż jeden konkretny przykład, aby wyjaśnić, jak to miejsce funkcjonuje.

Na początek może Dumbarton, malutkie miasto nad rzeką Clyde w zachodniej Szkocji. Jest to miejsce, które większość być może zna z usypiającego mruczenia ponurych nazw pod koniec ogłaszania wyników rozgrywek futbolowych: Stenhousemuir, Brechin, Forfar, Dubarton.

Mieściło się w nim klockowate, betonowe, zbudowanie w latach 60. minionego wieku centrum handlowe, w którym korzenie zapuściły, pewnie was to zainteresuje, takie sklepy jak Peacock, New Look i Bonmarche. Ale po co wam o tym mówię? Ano dlatego, że centrum handlowe w Dumbarton ostatnio kosztuje nas – was, mnie, nasze dzieci – prawie 15 mln euro.

A jak to działa? Brytyjska firma deweloperska, Vico, odnowiła i rozbudowała centrum handlowe i sprzedała prywatnemu inwestorowi za 4,5 mln euro. Prywatny inwestor zaś sprzedał je firmie w Północnej Irlandii, o nazwie Jermon, za oszałamiającą sumę 20 mln. Jermon zbankrutował i w ubiegłym miesiącu, mająca swoją siedzibę w Londynie grupa inwestycyjna, La Salle, kupiła centrum w Dumbartonie za 5,5 mln.

Zwróćcie uwagę na to, że do tego momentu, budynek nigdy nie stał się własnością kogokolwiek z Republiki Irlandii. Przechodził z rąk Szkocji do Północnej Irlandii, a następnie do Anglii. Ale Jermon pożyczył pieniądze od Anglo Irish Bank, Allied Irish Bank i Bank of Ireland, żeby kupić centrum handlowe w Dubarton.

Niemniej jednak, prawie na pewno, głównym źródłem gotówki były banki Niemiec, Francji lub Wielkiej Brytanii. Banki irlandzkie, gdy były w fazie maniakalnej, działały jako pośrednicy, pomagający handlarzom z Kontynentu zaspakajać potrzeby brytyjskich deweloperów.

Jednakże Nama, skreśliła te pożyczki z ksiąg rachunkowych banków i następnie pozbyła się centrum za 5,5 mln ze stratą w wysokości 14,5 mln euro. W ten czy w inny sposób – albo przez to, co Nama zapłaciła bezpośrednio za pożyczki, albo też przez kapitał, który włożyliśmy w banki, aby wypełnić dziury w ich bilansie – zwyczajni podatnicy wyłożyli 15 mln tylko po to, żeby pozbyć się 120 tys. m2 powierzchni sklepowej w małym, szkockim miasteczku.

Wzajemnie wykluczające się światy

W ten sposób mamy jedno państwo, które faktycznie płaci londyńskiej firmie inwestycyjnej miliony euro, aby zabrać szkockie centrum handlowe z naszych rąk. Pieniądze tu, literalnie, nic nie znaczą – po prostu rozpłynęły się. A teraz w tym drugim państwie, które nadal nazywa się Irlandia, 15 mln stanowi obecnie cholernie dużo pieniędzy.

I znowu konkretny przykład. W tej innej Irlandii dzieje się naprawdę coś obrzydliwego. Jednemu z naszych najważniejszych państwowych szpitali, Tallaght, grozi to, że zostanie zamknięty dla pacjentów wymagających natychmiastowej pomocy. W ubiegłym tygodniu, Urząd do spraw Informacji i Jakości Służby Zdrowia dał temu szpitalowi ostateczny termin do czwartku, aby przestał wystawiać pacjentów z oddziału nagłej pomocy w wózkach na korytarz.

Szpital został opisany przez lekarskiego urzędnika z Dublina jako „bardzo niebezpieczne miejsce dla kogokolwiek, a co dopiero dla leżących tu chorych”. Najbardziej podstawowej pomocy medycznej dostępnej dla obywateli grozi więc całkowita zapaść.

Wpłynęło na to wiele czynników, ale jednym z nich jest straszliwy brak pieniędzy. Ludzie czegoś oczekują, a szpital nie może sobie na to pozwolić. Budżet Tallaga został obcięty już kilkakrotnie w związku z tym, co nazywane jest programem oszczędnościowym. A więc jak duży jest deficyt szpitala? 9,4 mln, od których trzeba odjąć 5 mln, które właśnie wydaliśmy pozbywając się centrum handlowego w Dumbarton.

Kiedy żyje się w tych dwóch paralelnych rzeczywistościach, kiedy jest się obywatelem podzielonego państwa, język traci swoje znaczenie. Takie słowa jak „ program oszczędnościowy” na przykład, są tylko pustym wodolejstwem. W jednym z naszych państw możemy zmarnotrawić 15 mln, zanim ktokolwiek zwróci na to uwagę. W drugim nie ma pieniędzy, aby tak podstawowe instytucje jak szkoły, szpitale, opieka na dziećmi, mogły poprawnie funkcjonować.

Są pojęcia, które w jednym państwie znaczą zupełnie coś innego, niż w drugim. Ostatnio czytałem interesujący wywiad w Irish Times z Mikiem Maloney, dyrektorem generalnym firmy Payzone. Wyjaśniał, że „najważniejszy element restrukturyzacji firmy w 2010 r. polegał na zainteresowaniu „jego kredytodawców na czele ze Szkockim Bankiem Królewskim, obcięciem zadłużenia o 230 mln. Jeden z głównych inwestorów został wykończony:

„Pod koniec dnia bardzo się starali, stracili sporo pieniędzy. Założyli się… trochę zarobili i trochę stracili”. Zła inwestycja? Trzeba być twardym.

Jednym z naszych państw rządzi zdrowy rozsadek. Drugim – niebezpieczny bezsens. Uchwyceni przez te dwa systemy ludzie starają się zrozumieć, w którym świecie przyszło im żyć.