Dzień, w którym się dowiemy, czego chcą Niemcy

Posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego, które ma się odbyć 2 sierpnia, zapowiadane jest jako przełomowe dla czekających na pomoc Hiszpanii i Włoch. Będzie to również dzień, w którym się dowiemy, kto tak naprawdę decyduje o stanowisku Niemiec wobec kryzysu, kanclerz Merkel czy prezes Bundesbanku.

Opublikowano w dniu 1 sierpnia 2012 o 15:32

Analitycy najbardziej krytycznie oceniający postępowanie Niemiec wobec Europy twierdzą, że kraj ten w początkowej fazie każdego kryzysu jest nieugięty, potem, w miarę jak rozwija się sytuacja, robi wrażenie, otwartego, gotowego do ustępstw i zmiany zdania, a w końcu zawsze powraca do swego początkowego stanowiska, odrzucając wszelkie możliwości jego zmodyfikowania w decydującym momencie.

Czego możemy się spodziewać w tej fazie wątpliwości wokół samego istnienia euro? Przez kilka dni wydawało się, że kanclerz Angela Merkel i jej minister finansów, Wolfgang Schäuble zaakceptują propozycję krajów południowych, jak Hiszpania i Włochy, którą poparła także Francja, tradycyjny sojusznik Berlina, która jednak nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Chodziło o to, by Europejski Bank Centralny, wspólnie z europejskim funduszem ratunkowym, udzielił tym krajom pomocy w pokonaniu ich nieszczęsnego długu publicznego.

Magiczne słowa

Ostatnio opinia publiczna była skłonna uwierzyć, że Niemcy zmieniły stanowisko, mimo że przywódcy tego kraju nie wygłosili w tej sprawie ani jednego zdania popierającego zakup obligacji czy jakiegokolwiek innego dodatkowego sposobu pomocy. Przeciwnie z Niemiec płyną wyraźne sygnały, że ekonomiczny establishment, na czele z Bundesbankiem, centralnym bankiem Niemiec, zdecydowanie odrzuca ten projekt. Za tą emblematyczną instytucją stoją najbardziej wpływowi ekonomiści, politycy i przedsiębiorcy kraju. Argumenty w tej debacie są znane, nie warto po raz kolejny ich powtarzać.

Najciekawsze w tym wszystkim jest pytanie, czy upór prezesa Bundesbanku Jensa Weidmanna świadczy o prawdziwej rozbieżności z rządem Angeli Merkel, czy też odgrywa on jedynie swoją rolę, bo przecież pani kanclerz ze swej strony w niedawnej przeszłości wielokrotnie dawała do zrozumienia na wszelkie możliwe sposoby, że zakup obligacji tych krajów nie wchodzi w grę.

To oczywiste, że Angela Merkel nie może już ponownie zwrócić się do Bundestagu z prośbą o dalsze środki, by po raz kolejny spieszyć na ratunek, na co liczyły Hiszpania i Włochy, obserwując sytuację na rynkach, dopóki szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi nie wygłosił w ubiegłym tygodniu swych magicznych słów.

Wydarzenie historyczne

Skoro nie dysponuje politycznym poparciem, które pozwoliłoby przeprowadzić ratunek w tym samym stylu, co w Grecji, za to czuje presję wywieraną przez rynki, najwygodniejszym dla pani kanclerz rozwiązaniem jest pozostawić sprawę w rękach Europejskiego Banku Centralnego, co w skali kraju oznacza Bundesbank. Ten ostatni, zdając sobie sprawę, że ryzykowałby ogromne straty, gdyby operacja się nie udała, nie chce się na to zgodzić pod żadnym pozorem.

Mamy tu więc do czynienia raczej z logiką wstrząsową, a nie z odgrywaniem wyznaczonej roli. Według tego scenariusza podczas posiedzenia Rady Prezesów Europejskiego Banku Centralnego w najbliższy czwartek [2 sierpnia] zostanie zawiązany sojuszu między szefami banków centralnych z krajów południowych i większością rządów ze strefy euro, w tym Niemiec, przeciwko Bundesbankowi i niektórym sprzymierzonym z nim bankom centralnym. Byłoby to wydarzenie historyczne.

Jeśli jednak prawdziwy jest drugi scenariusz, według którego Angela Merkel chce jedynie, by to Bundesbank zablokował całą operację, wtedy to, co mówił Draghi nie ma żadnego znaczenia i w czwartek będziemy świadkami prawdziwego fiaska, z Europejskim Bankiem Centralnym odsuniętym na margines i pozbawionym autorytetu przez władze krajów strefy euro, choćby nawet wygrał w formalnym głosowaniu. Byłby to prawdziwy koszmar.

Opinia

Ratujcie euro, ale nie straszcie Niemców

„Cały świat obawia się, że propozycje rozwiązania kryzysu okażą się sprzeczne z ordoliberalnymi pomysłami Niemiec – zwłaszcza tymi, które zabraniają bankowi centralnemu skupowania obligacji rządowych”, stwierdza Frankfurter Rundschau w artykule redakcyjnym wspierającym możliwość interwencji Europejskiego Banku Centralnego (EBC) w celu ratowania euro. Centrolewicowy dziennik odpiera argumenty przeciwko takiej decyzji, począwszy od zakazania pośredniego finansowania krajów członkowskich przez EBC.

Zadaniem EBC jest zapewnienie stabilności cen. Teraz jest to ważniejsze od kwestii inflacji […] Problemem są raczej tendencje deflacyjne, które powodują obecnie obniżkę cen. Zakup obligacji, aby ustabilizować gospodarkę, należy więc w pełni do jego prerogatyw.

Gazeta uważa również, że musimy kwestionować zdolność rynków do ustalenia stóp procentowych, według których kraje mogą się zadłużać, ponieważ inwestorzy bardzo się mylili w ostatnich latach, bo nie dostrzegli nadchodzącego kryzysu.

Czy nie jest rzeczą rozsądniejszą, aby pozostawić bankom centralnym ustalanie stóp procentowych, a nie uzależniać pomyślność gospodarczą i zatrudnienie od nastrojów spekulantów?

W końcu, wnioskuje Rundschau, jeśli będzie on działał poprawnie, EBC stoi wobec niewielkiego ryzyka akumulacji zadłużenia skarbów państwowych.

EBC ma wyłącznie na celu określenie w sposób wiarygodny stawki, według której będzie nabywać wszystkie długoterminowe zobowiązania, powiedzmy 5%. […] Czy możemy się założyć, że nie będzie musiał wyłożyć ani grosza?

Jedyną wadą jest niedemokratyczny charakter zakupów obligacji przez EBC. Dziennik proponuje, aby zamiast EBC, ale korzystając z jego pieniędzy, decyzje podejmował Europejski Mechanizm Stabilności Finansowej, ponieważ jest on kierowany przez ministrów finansów.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat