Wykluczeni kontratakują

Ludzie plądrujący ulice Londynu to efekt rozpadającego się społeczeństwa i braku zainteresowania ze strony klasy politycznej, która odwróciła się do nich plecami, pisze komentatorka Daily Telegraph.

Opublikowano w dniu 9 sierpnia 2011 o 11:51

Nikt nie był zaskoczony ostatnimi wydarzeniami nad Tamizą. A już na pewno nie zakapturzone nastolatki wracające nad ranem do domów. Ken i Tony mieszkali kiedyś na Tottenhaham. Niedawno wrócili, by obserwować, jak płoną samochody i wybijane są szyby. Zobaczyli strefę wojenną w samym sercu dzielnicy. „To wisiało w powietrzu”, mówi Tony.

Zaczęło się od tego, że w podejrzanych okolicznościach policjanci postrzelili czarnoskórego mężczyznę. Zdziczałe nastolatki wpadły w amok. Tony nie ma wątpliwości, że od dawna czekały po prostu na jakikolwiek pretekst.

Dla Londynu, który obudził się skacowany po wydarzeniach ostatnich nocy, dziś są one nie do pomyślenia, ale zarazem nie do uniknięcia. Przez zaledwie kilka dni zaraza przemocy zamieniła nowoczesne społeczeństwo w dystopię chaosu i agresji wyjętą jakby z pism Thomasa Hobbesa.

Ta rewolta jest bardzo tajemnicza i bardzo nowoczesna. Jej uczestnicy, zwoływani na pole bitwy przez Twittera, to odbicie w krzywym zwierciadle buntowników arabskiej wiosny ludów. „Lato Tottenham” zmoblizowało dzieci. Niektóre miały siedem lat. Zaatakowały nie brutalny reżim, a starą dobrotliwą demokrację. Nad pobojowiskiem unosi się teraz jedno pytanie – jak do tego wszystkiego doszło?

Zawiodła policja, powiadają jedni. Coraz częściej słychać słowa potępienia skierowane pod adresem londyńskiej Metropolitan Police, która dryfuje dziś bez celu, po tym, jak afera podsłuchowa zmiotła ze stanowiska jej poprzedniego szefa. Coraz więcej wątpliwości narasta wokoł zabicia Marka Duggana, jego śmierć była iskrą, od której rozgorzały zamieszki. Zwodzenie rodziny Duggana dało w rezultacie agresję, a bierność policjantów sprawiła, że orgia rabowania zamieniła północny Londyn w upadłe państwo, gdzie prawo nie ma nic do gadania.

Mówi się, że w tle są też kwestie rasowe. Ale, jak twierdzi David Lammy, poseł wybrany z okręgu Tottenham, ta diagnoza nie za bardzo ma sens. Gdy w latach osiemdziesiątych płonęły Broadwater Farm, Toxteth i Brixton, spowodowane to było trucizną rasizmu. Ale dziś na Tottenham, gdzie chińskie i tureckie sklepiki sąsiadują z afrykańskim fryzjerem, napięcia rasowe nie odgrywają wielkiej roli.

Może więc bezrobocie i cięcia? To prawda, że Tottenham jest jedną z najbiedniejszych dzielnic miasta. Dziesięć tysięcy ludzi tu mieszkających bierze zasiłek. Na jedno miejsce pracy przypada średnio 54 chętnych.

W niedalekim Hackney zamykane są świetlice dla nastolatków. Choć może się to nam nie podobać, zbyt pochopnie byłoby twierdzić, że młodzi pozbawiają ludzi dachu nad głową i źródła zarobku, bo nie mają gdzie grać w ping-ponga i jeździć na deskorolkach.

Prawdziwe powody są bardziej złożone. To nie przypadek, że Londynem wstrząsją największe od wielu dekad zamieszki w czasach, gdy za sterami światowej gospodarki nie ma zupełnie nikogo. Według J.K. Galbraitha wielki kryzys z 1929 r. spowodowany był przez następujące czynniki: złą dystrybucję dochodów, „zbiorowe oszustwa” biznesmenów, słabą strukturę sektora bankowego i brak równowagi pomiędzy importem i eksportem.

Dziś sytuacja się powtarza. W czasach bańki z lat dwudziestych minionego wieku pięć procent najbogatszych ludzi spijało jedną trzecią śmietanki ogólnego dobrobytu. Dziś w Wielkiej Brytanii róznice, jeśli chodzi o dochody i szanse życiowe, są większe niż wtedy. Tylko w zeszłym roku fortuny tysiąca najbogatszych ludzi na Wyspach zwiększyły się o niemal jedną trzecią do 333,5 miliarda funtów.

Europejscy przywódcy, w tym David Cameron i George Osborne, wyjechali na wakacje do ciepłych krajów. Epicentrum obecnego kryzysu jest co prawda strefa euro, ale też kolejne rządy w Zjednoczonym Królestwie nie robiły nic, by skończyć z ubóstwem, nierównością i nieludzkimi obyczajami, które stały się jeszcze bardziej dotkliwe w wyniku gospodarczej zapaści.

Brytyjska stagnacja gospodarcza to nie tylko problem akademicki czy kij, którego użyć można przeciwko ministrowi finansów. To także oni – pozbawieni motywacji i wykształcenia, a także pracy ludzie, którzy nie mogą być traktowani jak kleks w tutejszych księgach rachunkowych. Patrzcie na nastolatków niszczących nasze ulice i płaczcie. „Porzucona generacja” wydaje właśnie okrzyk wojenny.

W tym wszystkim chodzi o coś znacznie poważniejszego niż problemy Hiszpanii czy Grecji, gdzie buntują się przede wszystkim przedstawiciele klasy średniej. Na Wyspach widać, że duża część młodych ludzi – ta, która spaceruje po ulicy z nożami i pistoletami, która grabi i rabuje – odcięta została od reszty idącego w rozsypkę społeczeństwa.

Klęska rynków zbiega się z rozkładem ludzkich uczuć. Tymczasem coraz popularniejszy jest pogląd, że nie stać nas już na społeczną gospodarkę rynkową, oferującą ludziom siatkę bezpieczeństwa, drogą edukację i opiekę zdrowotną. W rzeczywistości istnieje tylko jedno rozwiązanie.

Po kryzysie z 1929 r. Wielka Brytania przeszła wielką zmianę, przynajmniej na jakiś czas. Nierówności stały się mniejsze, narodziło się państwo opiekuńcze, zwiększyła liczba wykształconych. Zanotowaliśmy też wzrost gospodarczy.

Dziś nie ma sposobu, by po prostu skopiować te rozwiązania. Czasy się zmieniły. Ale, jak rozumiał już Adam Smith, społeczeństwo nie może się rozwijać, gdy znaczna jego część cierpi z powodu biedy. Jeśli nic się na to nie poradzi, sytuacja taka może stać się niebezpieczna. To wcale nie determinizm.

Nie chodzi o to, że bieda zawsze nieuchronnie rodzi bezprawie. Ale nie wolno nam poprzestać na potępieniach pod adresem uczestników zamieszek. Traktowanie ich jako klasy wyklętej nie wystarczy. Gospodarcze krachy i ludzkie dramaty przychodzą cyklicznie. Każde ich kolejne pojawienie się często okazuje się bardziej dotkliwe.

Jak pisał Galbraith, „pamięć przydaje się nam znacznie bardziej niż prawo”, gdy przychodzi nam bronić się przed finansowymi iluzjami i szaleństwem. W czasach kryzysu wiele jest luksusów, na które Wielkiej Brytanii już nie stać. Ale jedno jest pewne – dziś nie możemy sobie pozwolić na amnezję.

Na pierwszej linii

„Cena, jaką płacimy za brak troski”

Camila Batmanghelidjh, założycielka organizacji dobroczynnej dla dzieci, sugeruje w artykule opublikowanym w The Independent, że młodociani uczestnicy zamieszek mają prawo czuć się o wiele bardziej wyalienowani, niż sądzimy.

Jak oni mogą, pytamy, atakować swoje własne społeczności z taką pogardą? Ale młodzi odrzekliby, „łatwizna”, ponieważ czują, że w istocie do nich nie przynależą. Powiedzieliby, że one nie mają im nic do zaoferowania. Bo też przez lata odczuwali, że są odcięci od prawomocnych struktur społeczeństwa obywatelskiego.

Wielu z nas, którzy całymi latami pracowali w rozmaitych dzielnicach Londynu, było zaniepokojonych rozwojem dużych grup pełnoletniej młodzieży tworzących swoje własne równoległe antyspołeczne środowiska rządzone odrębnymi prawami. Jednostka jest odpowiedzialna za swoje przetrwanie, gdyż niczego nie można oczekiwać od otaczającej wspólnoty.

Nasi przywódcy wciąż mówią, że zapewnienie bezpieczeństwa społeczności ma znaczenie zasadnicze. Problem w tym, że układ się zużył. Społeczność wybrała, komu warto pomóc, a komu nie warto. W tej fałszywej gospodarce moralnej, w której ubodzy są określani jako dysfunkcjonalni, społeczeństwo ponosi porażkę. Teraz można zobaczyć, jaka jest cena braku troski.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat