Joost Mulder zna doskonale wszystkie sztuczki. Ten bystry Holender przez pięć lat urabiał brukselski aparat prawodawczy, a robił to na zlecenie najróżniejszych instytucji finansowych. Polityczne rozgrywki w Komisji Europejskiej, Parlamencie i Radzie to jego żywioł. Ten władający czterema językami trzydziestojednolatek ze swoją rozległą siecią kontaktów porusza się zręcznie zarówno po brukselskich salonach, jak i antyszambrach. Ot, lobbysta z krwi i kości.

W pracy Mulder nigdy nie miał większych zahamowań. Wraz z kolegami utrącał inicjatywy prawodawcze. Pewnego razu za pośrednictwem urzędnika z unijnej centrali uzyskał dostęp do kontrowersyjnych rozporządzeń, które znajdowały się dopiero na etapie projektu. Dzięki temu był on w stanie na czas zorganizować protesty wypływające z wielu pozornie niezależnych źródeł. Jeśli uciążliwego przepisu nie udało się storpedować ani w Komisji, ani w Parlamencie, brał się do tworzenia mniejszości blokującej na forum Rady UE.

„Lobbyści obiecują swoim klientom, że za 10 tysięcy euro sprawią, iż określona kwestia pojawi się na porządku obrad Rady”, opowiada Mulder. To ma się jednak zmienić. Holender przeszedł bowiem na drugą stronę. Jego zdaniem w ubiegłym roku lobbyści finansowi posunęli się za daleko. „Miałem tego powyżej uszu, gdy widziałem, jak szantażują oni rządy groźbą wycofania kapitału i likwidacji miejsc pracy”. Dziś na jego wizytówce widnieje napis „Making finance serve the society” [Sektor finansowy w służbie społeczeństwu]. Uzdolniony Holender pracuje w organizacji Finance Watch, gdzie jest odpowiedzialny za sprawy publiczne.

Charlie McCreevy – „komisarz w niewoli"

Jedno się nie zmieniło – Mulder w dalszym ciągu zawodowo zajmuje się lobbingiem. Tyle tylko, że obecnie świadczy on usługi na rzecz jedynej w swoim rodzaju organizacji w świecie brukselskiej polityki. Finance Watch skupia doświadczonych ekspertów finansowych, którzy wypowiedzieli wojnę lobbystom w tej branży. Za cel stawiają oni sobie przywrócenie porządku w sektorze finansowym, tak by na powrót spełniał on swe właściwe zadanie, jakim jest świadczenie usług finansowych na produktywne cele.

Finance Watch to eksperyment bez precedensu w dziejach Unii Europejskiej. Nowa grupa lobbingowa z misją poskromienia rynków finansowych powstała bowiem na zamówienie złożone przez samych prawodawców.

Początki tej inicjatywy sięgają jesieni 2008 r., kiedy na świecie wybuchł kryzys finansowy. Nagle okazało się, że aby zidentyfikować jego przyczyny, brakuje doświadczonych fachowców, którzy byliby niezależni od sektora finansowego. W dyskusjach na wszystkich szczeblach ton nadawali bankowcy, menedżerowie funduszy hedgingowych lub finansowani przez nich eksperci.

W tym samym czasie na jaw wyszło, że Komisja Europejska i podlegająca jej Dyrekcja Generalna ds. Rynku Wewnętrznego były infiltrowane przez przedstawicieli sektora finansowego. Porażające rozmiary tego zjawiska udało się udowodnić pracownikom organizacji pozarządowej Corporate Europe Observatory. W opublikowanym jesienią 2009 r. raporcie „Komisja w niewoli” wykazali oni, że ówczesny komisarz Charlie McCreevy przekazał prawodawstwo de facto w ręce zainteresowanych przedsiębiorstw. Skandal z niedoinformowanym organem unijnym w roli głównej wywołał oburzenie w całej Europie. W praktyce nie miał on jednak żadnych konsekwencji.

Europarlamentarzyści finansowali działalność Philipponnata z własnej kieszeni

Na tle tych wydarzeń w czerwcu 2010 r. francuski europoseł Zielonych Pascal Canfin wraz ze swym niemieckim kolegą Svenem Giegoldem wystąpili z nietypową inicjatywą. Wystosowali oni ogólny apel „Call for a Finance Watch”, który w zaledwie kilka dni poparło 22 członków parlamentarnej Komisji Spraw Gospodarczych i Monetarnych ze wszystkich frakcji. Deputowani poszukiwali doświadczonych specjalistów dysponujących fachową wiedzą z dziedziny finansów. Na ich wezwanie odpowiedział Thierry Philipponnat.

Philipponnat przez 20 lat pracował jako bankowiec i menedżer giełdowy. W 2006 r. rzucił jednak dobrze płatną pracę i zaczął wszystko od zera. Najpierw zajął się pośrednictwem w zakresie mikrokredytów w najbiedniejszych krajach świata, później pracował w Amnesty International.

Przez pierwszych sześć miesięcy europarlamentarzyści finansowali działalność Philipponnata z własnej kieszeni. A ten nie zawiódł pokładanych weń nadziei. W trakcie wielomiesięcznej odysei prowadzącej przez siedem państw członkowskich przekonał on 38 organizacji – od Oxfam do Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych – by zostały członkami założycielami. Ponadto zyskał on przychylność wielu prywatnych fundacji, które zdecydowały się wesprzeć projekt łączną kwotą pół miliona euro.

Europarlamentarzyści również nie próżnowali i rozpoczęli starania, by inicjatywę sfinansować z budżetu unijnego. W tym roku na te cele udało się wygospodarować 1,25 miliona euro, a nowy komisarz ds. rynku wewnętrznego Michel Barnier zasygnalizował, że większość tych środków zostanie przyznana Finance Watch.

W taki oto sposób, sześć miesięcy od pierwszego walnego zgromadzenia, Philipponnat jest dziś sekretarzem generalnym eksperckiej agencji lobbingowej powstałej na zamówienie Parlamentu Europejskiego, finansowanej z pieniędzy podatników i wspieranej przez organizacje zrzeszające łącznie ponad 100 milionów członków.

Czy jednak te wysiłki się opłacą? Czy niewielka grupka specjalistów będzie w stanie coś zdziałać przeciwko hydrze zorganizowanego lobbingu finansowego? W samej Brukseli banki i inne instytucje finansowe dysponują armią około 700 fachowców, którzy dbają o odpowiedni kształt unijnego prawodawstwa. Ich wpływy sięgają bardzo daleko.

„W gruncie rzeczy moja praca za bardzo się nie zmieniła”

O tym, jak skomplikowane zadanie stoi przed Finance Watch, przekonać się można było w ubiegłym roku przy okazji sporów na temat handlu kontraktami Credit Default Swap (CDS) na obligacje rządowe bez pokrycia. Handel ten umożliwia funduszom spekulowanie na utratę zdolności kredytowej przez państwa, a przy tym nie wymaga dużego zaangażowania finansowego. Ponieważ jednak kursy CDS są uważane za miarę ryzyka niewypłacalności, gracze rynkowi mieli w ręku narzędzie pozwalające dramatycznie pogłębić kryzys zadłużeniowy w danym kraju, a nawet go sprowokować.

Z tego względu w marcu 2011 r. Parlament Europejski zażądał zakazu tego typu praktyk. Na protesty stowarzyszeń banków i funduszy hedgingowych nie trzeba było długo czekać. Philipponnat tłumaczy, że w tym wypadku obrały one strategię „na szczegół”. Za pośrednictwem Financial Times lobbiści zasugerowali, że eurodeputowani nie zrozumieli w pełni mechanizmów handlu instrumentami pochodnymi. Zakaz miałby zaś zgubne skutki, gdyż doprowadziłby do „zmniejszenia płynności na rynku obligacji skarbowych, co przełożyłoby się na wyższe koszty dla kredytobiorców”. Laikom w sprawach finansowych bardzo trudno byłoby zbić te argumenty.

Ale doświadczony finansista Philipponnat nie miał z tym najmniejszych problemów i wykazał, w których miejscach lobbiści starali się wprowadzić parlamentarzystów w błąd. Sporządzona przezeń ekspertyza, wykładająca rzeczywiste zależności, spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem. Tak dobrym, że do linii argumentacji Philipponnata zastosował się komisarz unijny odpowiedzialny za te kwestie, a plenum parlamentarne pozostało przy projekcie w pierwotnym brzmieniu.

Kiedy w październiku sprawą handlu kontraktami CDS zajęła się Rada, niektórzy ministrowie finansów zaczęli jednak domagać się dodatkowych klauzul i wyjątków. „Jak na moje oko był to wynik skutecznego lobbingu”, przyznaje Mulder z uznaniem dla byłych kolegów. Projekt rozporządzenia miał „wiele luk”.

Mimo to Joost Mulder nie traci wiary. „W gruncie rzeczy moja praca za bardzo się nie zmieniła”, przekonuje. „Tyle tylko, że dziś lepiej sypiam”.