Nawet w Hiszpanii rzadko zdarza się, by parlamentarzyści dyskutowali o szczegółach hiszpańskiej wojny o sukcesję. Najczęściej historycy prezentują ją jako starcie związane z utrzymaniem równowagi sił w osiemnastowiecznej Europie. „Mylicie się, jeśli sądzicie, że chodziło tam o secesję”, przypomnieli w tym tygodniu prawicowi posłowie swoim kolegom z Barcelony. Prawdą jest jednak, że Katalonia, która stanęła wtedy po stronie przegranych, straciła w wyniku konfliktu większość atrybutów autonomii. Cóż, spory historyczne są w Hiszpanii wiecznie żywe.

Stojący na czele Katalonii Artur Mas wyszedł nieco wcześniej ze spotkania z rządzącymi w Madrycie z zupełnie pustymi rękami. Chciał negocjować z premierem Mariano Rajoyem na temat proponowanego przez siebie paktu fiskalnego. Poległ zupełnie. Potem ogłosił w mediach, że zmarnowana zostawała właśnie „historyczna okazja”, by dopasować Katalonię do wielonarodowej Hiszpanii.

Po powrocie do domu Mas błyskawicznie rozpisał wybory. W rzeczywistości będzie to swoiste „minireferendum” na temat ewentualnej secesji Katalonii. Mało tego, posłowie w Barcelonie zadecydowali, że w przyszłości zarządzą też prawdziwy plebiscyt. Wygląda więc na to, że w Hiszpanii kryzys konstytucyjny w pełnej krasie zbiegnie się z dwoma innymi – z fiskalnym i tym całej strefy euro. A przecież stawką w tej grze będzie przetrwanie Hiszpanii jako takiej.

Kataloński mieszczanin czy zagorzały separatysta?

Argumenty, jakie padają w tym sporze, są zawiłe, a czasem tendencyjne. Temperaturę podgrzewa fakt, że coraz częściej nad rozumem górę biorą kwestie tożsamościowe.

Co ciekawe, o Arturze Masie jeszcze do niedawna nikt nie powiedziałby, że będzie on heroldem separatyzmu. W Hiszpanii mówiło się raczej, że jest nacjonalistą należącym do głównego nurtu.

Zasiadał przecież w koalicji Convergencia i Unio, która to koalicja była uosobieniem katalońskiego mieszczaństwa ze swoimi roztropnymi, kupieckimi wartościami. Ugrupowanie dominowało w tutejszej polityce od czasu, gdy po upadku dyktatury Franco Katalonia odzyskała autonomię. Słynęła od zawsze z filozoficznego niezdecydowania, jeżeli chodzi o kwestię niepodległości. Miała też reputację partii obrotowej. W parlamencie narodowym raz szła ręka w rękę z prawicą, a innym razem – z lewicą.

Podobnie jak Rajoy, Mas zdobył władzę za trzecim podejściem. Miało to miejsce w 2010 roku. Ze swoim technokratycznym doświadczeniem obiecywał ludziom, że wynegocjuje z rządem w Madrycie lepszy budżet dla Katalonii. W skrócie chodzi o to, że rząd kataloński chce samodzielnie zbierać podatki. Precedens już jest, bo prawem takim cieszą się Baskowie.

Tamtejsi politycy postawili na finansową autonomię i wkrótce zmienili podupadającą gospodarkę w prawdziwą maszynownię Hiszpanii. Dziś to jeden z najbogatszych regionów kraju. Tymczasem, gdyby zrobić porównanie, Katalonia spada na łeb na szyję. Tutejsza gospodarka porównywalna jest pod względem wielkości z portugalską. Ale zmaga się z największym ze wszystkich regionów długiem.

Katalońscy urzędnicy oraz ekonomiści są zgodni – region radziłby sobie dobrze, gdyby tylko cieszył się podobnymi przywilejami, co Kraj Basków. „Bilbao oddaje Madrytowi dziesięć razy mniej niż Katalonia”, przekonują. I dodają, że Barcelona przekazuje do wspólnego worka około osiemnastu miliardów euro rocznie, co stanowi dziewięć procent PKB. To o wiele więcej niż w Hiszpanii przeznacza się na rozwój biedniejszych regionów. Wiele programów państwowych ustala limit na poziomie stanowiącym około połowy tej liczby.

Z jednej więc strony Mas rozpoczyna wymuszony marsz ku suwerenności, a z drugiej zmuszony jest przyjeżdżać do Madrytu i żebrać o pięć miliardów euro pomocy finansowej. Gdyby chodziło tylko o pieniądze, kataloński lider postrzegany byłby jako osoba, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt poważna.Rzecz jednak w tym, że nastroje separatystyczne, które dziś Mas próbuje skanalizować narosły na długo przed tym, nim w Europę uderzył kryzys.

Okrzyki o niepodległości wtargnęły do mainstreamowego dyskursu wkrótce po tym, co wydarzyło się w 2006 r. Socjalistyczny rząd zaproponował wówczas, by poszerzyć zakres katalońskiej autonomii. „Tak” powiedziały parlamenty w Barcelonie i Madrycie, ale szlaban postawił hiszpański Sąd Konstytucyjny. Pomysł paktu fiskalnego, z jakim wyszedł Mas, nigdy nie miał większych szans na akceptację ze strony Rajoya. Wydaje się raczej, że był on dla Barcelony tylko taktyczną podkładką pod bardziej zdecydowane ruchy ku katalońskiej niepodległości.

Stopień, w jakim nastroje się zradykalizowały widać było w tym miesięcy podczas Diady – obchodów wspomnianej już katalońskiej klęski z 1714 r. Na ulice wyszły wtedy tłumy sympatyków idei niepodległości. Pytanie tylko, czy Mas kontroluje tę falę, czy też tylko próbuje się na niej utrzymać? Przywódca Katalonii, surowy, pełen wewnętrznej dyscypliny, głęboko wierzący katolik, ma dziś 56 lat. Odebrał edukację we francuskim liceum w stolicy Barcelonie. Tam zmagał się z tajnikami gramatyki czy poezją symbolistów. Następnie ukończył studia ekonomiczne.

Nie wolno pozostać głuchym na pragnienia ludzi

Nie włączył się aktywnie w walkę z rządem generała Franco. Do CiU wstąpił dopiero w 1987 r. Szybko jednakże stał się prawą ręką Jordiego Pujola, który stał na czele partii w latach 1980–2003. Pujol był uosobieniem katalonizmu, który – w przeciwieństwie do zwykłego separatyzmu – chciał wzmacniać tutejsze język, kulturę i tożsamość historyczną w granicach państwa hiszpańskiego. Ale reformy konstytucyjne, które wypatroszały katalońską autonomię, przekonały Pujola, a także jego doradcę, że region musi wstąpić na bardziej radykalną drogę.

„Mas zawsze pragnął niepodległości, ale decyzja sądu przelała szalę goryczy”, tłumaczy Edward Hugh, ekonomista, który od dawna mieszka w Barcelonie. „Pomysł z paktem fiskalnym był prostu zagraniem, które miało przynieść Masowi więcej poparcia wśród mieszkańców regionu. Tyle, że po demonstracji z okazji Diady okazało się, że duża część społeczeństwa wyprzedza Masa o krok” , mówi Hugh i dodaje, że jego zdaniem to był moment, w którym przywódca Katalnii postanowił wykonać wielki skok. „Wie, że to historyczny moment i teraz robi wszystko by go wykorzystać” , konkluduje ten sam ekonomista.

Z kolei premier Rajoy ma zamiar mu w tym przeszkodzić. Jego zastępca, Soraya Saenz se Santamaria, ostrzegła we czwartek, że prawo do ogłoszenia legalnie wiążącego referendum ma tylko jeden gracz, jest nim Madryt. „Rzecz nie tylko w tym, że istnieją prawne i instytucjonalne sposoby, by zapobiec głosowaniu. Mamy też rząd, który zdecydowany jest z nich skorzystać”, ostrzegła de Santamaria.

Nie ma wątpliwości, że swoją rolę w tym sporze odegra również historia. „Rolą przywódców jest interpretowanie każdego historycznego momentu. Obowiązkiem rządu jest nie zamykać drzwi na pragnienia ludzi”, ogłosił Artur Mas zaraz na początku swojej kadencji.