„Społeczeństwo wielokulturowe zawiodło”. Tym zdaniem, wygłoszonym 15 października do przedstawicieli konserwatywnych młodzieżówek, Angela Merkel dorzuca swój kamyczek do debaty na temat islamu, która już od miesięcy dzieli Niemcy. Zdaniem niemieckiej kanclerz imigranci powinni się zintegrować oraz przyjąć niemiecką kulturę i wartości: „Czujemy się przywiązani do chrześcijańskich wartości. Kto tego nie akceptuje, ten nie ma tutaj swojego miejsca”, oświadczyła.

Tym samym kanclerz „ze środka” przyjmuje linię bardzo konserwatywnego premiera Bawarii Horsta Seehofera, proponującego zaostrzenie polityki dotyczącej integracji, jego siedem punktów zamieszcza na swoich łamach Focus. Twierdzi on w nich, że Niemcy nie są krajem imigracyjnym, że należy faworyzować tych, którzy pragną się zintegrować, i w stanowczy sposób karać tych, którzy tego odmawiają.

Przestarzała debata

Aby zilustrować „zderzenie cywilizacji” na niemiecką modłę, Focus wychodzi z podwójną pierwszą stroną. Jedna prezentuje „Moje Niemcy” w ujęciu prezydenta Christiana Wulffa, który niedawno oświadczył, że islam jest częścią Niemiec. Druga to „Jego Niemcy”, co odnosi się właśnie do Horsta Seehofera. Pośrodku znajduje się Angela Merkel, która musi sobie poradzić, w czasie gdy zbliżają się trudne wybory regionalne, a krążą plotki o możliwości jej zastąpienia przez obecnego ministra obrony Karla Theodora zu Guttenberga.

Cała ta debata jest przestarzała, ocenia Die Tageszeitung. Pojęcie „multikulti” propagowane kiedyś przez takie osobistości, jak Daniel Cohn-Bendit, wyszło z mody. Nawet Zielonym „od dziesięciu lat zaleca się, aby już więcej go nie używali, bo w niczym nie objaśnia ono sposobu, w jaki razem żyjemy”, zauważa alternatywny dziennik. Gdy Angela Merkel albo Horst Seehofer szermują hasłami typu „więcej integracji” (Merkel) albo „więcej Leitkultur” (Seehofer), to są to tylko puste formułki. „Rząd nie może z jednej strony umizgiwać się do zagranicznych specjalistów, a z drugiej strony rozbudzać strachu przed cudzoziemcami”. Bo Niemcy potrzebują 400 tysięcy wykwalifikowanych pracowników.

Historia się powtarza

Te wymagania są słuszne, odpowiada Die Welt. „Nikt nie jest przeciwko imigrantom, którzy chcą u nas mieszkać, pracować i zapuścić tutaj korzenie”, zapewnia konserwatywny dziennik. „Ale jest wielu ludzi nieprzychylnych tym, którzy chcą tutaj importować swoje prawo. Imigrować to znaczy akceptować tradycję kraju przyjmującego, a także ją przyjmować. Właśnie dlatego Horst Seehofer i Angela Merkel mają rację, mówiąc, że imigracja wymaga jasnych zasad”. Według Die Welt kraj imigracyjny, jakim są Niemcy, potrzebuje przybyszów „którzy w rozsądnym terminie opanują język niemiecki i złożą przysięgę na ustawę zasadniczą”.

Ale bardzo zaniepokojony TAZ obstaje przy własnej diagnozie, co do której nie ma wątpliwości. Zwrot niemieckiego społeczeństwa w prawo powoduje, że historia się powtarza. „Ponad połowa Niemców chce ograniczenia wolności religijnej muzułmanów”, a 37 proc. wolałoby żyć w RFN wolnej od islamu. Dziennik przedstawia paralele historyczne, widząc podobieństwa zwłaszcza do antysemickiego sporu, który rozdzierał Berlin od 1879 r.

W owym czasie, kilka lat po zjednoczeniu Niemiec, gdy nasilał się kryzys gospodarczy, publicysta Heinrich von Treitschke zażądał całkowitej asymilacji mniejszości religijnych. „130 lat później w debacie na temat islamu padają podobne żądania”, zaznacza Tageszeitung. „Wszystkie domniemania dotyczące coraz bardziej cywilizowanej Republiki Federalnej i radości życia w nowych Niemczech, które miałoby być wesołe i beztrosko patriotyczne, są tylko mydleniem oczu. W październiku 2010 r. znów czuć atmosferę lat 80. i 90. zeszłego wieku, kiedy to w kraju płonęły domy Turków albo innych obcokrajowców”.

Szukanie kozła ofiarnego

W polityce znajduje dziś zastosowanie stara recepta nakazująca w czasach kryzysu szukać kozła ofiarnego. O ile „muzułmanie rocznik 2000” byli takimi samymi Niemcami, jak wszyscy inni, twierdzi gazeta, to wiatr powiał w inną stronę w 2004 r. Przyszedł 11 września 2001 r., a potem zamordowanie holenderskiego reżysera Theo van Gogha w 2004 r., co „wywołało panikę, która położyła kres tej wiośnie polityki integracyjnej z początku stulecia”.

Bardziej wyważony Die Zeit konstatuje, że obecny rząd karmi się strachem narodu. Horst Seehofer zszedł do poziomu Geerta Wildersa w Holandii. „W czasach, gdy legitymizacja dużych partii politycznych się załamuje, także i Niemcy stają w obliczu pokusy populizmu”, ubolewa tygodnik. Angelę Merkel, a wraz z nią cały świat polityki, przeraża powodzenie, jakim cieszą się ksenofobiczne i populistyczne tezy Thilo Sarrazina. Ich postawa wygląda tak: „Można się obawiać, że zmiecie nas fala, którą sami wywołaliśmy – ale próbujemy na niej surfować”.

Czy kraj, w którym jest 2600 meczetów jest islamofobiczny?

W opinii Die Zeit debata pokazuje, jaki wymiar przybierze polityka integracji, porównywalna do polityki wobec Europy Wschodniej w latach 70. minionego wieku albo polityki rozbrojenia. „Można sądzić, że Niemcy będą zdolni zachować umiarkowanie”, zapewnia Die Zeit. „Sondaże pokazują, że sceptycyzm wobec islamu narasta. Ale czy kraj, który bez większych konfliktów zniósł utworzenie ponad 2600 meczetów i miejsc kultu jest naprawdę islamofobiczny?”.

Hamburski dziennik chce usłyszeć słowa wdzięczności ze strony muzułmanów, „gdyż nie ma żadnej gwarancji, że ten kraj pozostanie równie otwarty na świat. Polityka powinna wyprzedzać strach narodu i mówić prawdę: Nie, nie zaleją nas hordy muzułmanów”. Przypominając, że niemieckie saldo migracji jest ujemne, Die Zeit ocenia, że „problem nie będzie polegać na tym, jak dużo islamu, lecz jak wiele małostkowości można tolerować w Niemczech”.