W polityce, zwłaszcza koalicyjnej, głębokie różnice zdań przybierają często formę absurdu. Pod nieobecność przebywającego z wizytą w Waszyngtonie premiera Camerona konserwatyści forsują w Izbie Gmin poprawkę do uchwały przyjmującej program legislacyjny rządu krytykującą fakt, że w mowie tronowej królowej Elżbiety II zabrakło wzmianki o przygotowywaniu ram prawnych pod przewidziane na 2017 r. referendum na temat brytyjskiego członkostwa w Unii Europejskiej. Efekt tego może być przedziwny.

Obecnie sytuacja wygląda tak, że szeregowi posłowie Partii Konserwatywnej będą mogli głosować wedle własnego uznania na temat uchwały zaproponowanej przez ich własnych kolegów, Johna Barona i Petera Bone’a, podczas gdy członkowie gabinetu wstrzymają się od głosu. Sprawę mogą dodatkowo skomplikować ministrowie desygnowani przez Liberalnych Demokratów, głosując zgodnie ze swymi proeuropejskimi przekonaniami przeciwko uchwale.

Mysz i pisk

Reakcja rządu była jak dotąd godna Konfucjusza ‒ „Widząc wbiegającą do pokoju mysz, mamy dwa wyjścia: możemy powiedzieć, ‘Oto mysz’, albo wskoczyć na stół i zacząć piszczeć”. Myszą w tym rebusie jest oczywiście referendum na temat członkostwa w UE albo sama uchwała, piskiem zaś – medialno-polityczna wrzawa.

Niechęć premiera do panikowania bez wątpienia przez lata służyła mu dobrze, zwłaszcza na rozmaitych zakrętach polityki koalicyjnej. Zwolennicy Camerona mają rację, że niektóry członkowie partii zachowują się tak, jakby torysi nie byli w koalicji albo tak, jakby Liberalnych Demokratów można było bez szkody zignorować. Tym jednak, co powinno martwić premiera, jest utrzymujący się brak zaufania pomiędzy nim i rdzeniem partii. Gdy konserwatywni posłowie żądają projektu ustawy na temat referendum, mówią mu: „Przyjmujemy twoje argumenty dotyczące Clegga i Liberalnych Demokratów, rozumiemy, co możesz, a czego nie możesz zrobić, a jednak – przykro nam, kolego – wciąż chcemy to mieć na piśmie”.

W tym kontekście jest czymś niezwykłym, że styczniowe przemówienie premiera na temat relacji z UE w tak niewielkim stopniu wpłynęło na debatę, którą miało uspokoić, ani nie zapobiegło wzrostowi poparcia dla antyunijnej Partii Niepodległości (UKIP). Jak ujmuje to jeden z polityków rządowych lojalnych wobec Camerona: „Jest faktem, że ludzie nam nie ufają”.

„Autentyczność” ponad wszystko

To, co doradca byłego premiera Tony Blaira Alastair Campbell nazwał kiedyś „kluczową kwestią zaufania”, jest głównym spoiwem całej tej historii, i to na każdym jej poziomie. Poczucie, że Cameron złamał swą „żelazną” obietnicę przeprowadzenia referendum na temat unijnego traktatu lizbońskiego, przelało czarę goryczy, zadając potężny cios wizerunkowi rządu, osłabionemu już przez skandal z wydatkami poselskimi, kontrowersje wokół udziału w wojnie w Iraku, aferę podsłuchową i wiele innych. Żyjemy w epoce instytucjonalnej kruchości – parlament, prasa, sektor finansowy, BBC – wszyscy są umoczeni. I nigdy wcześniej politycy nie byli aż tak pod lupą opinii publicznej, narzędzia cyfrowej rewolucji wymuszają od nich uczciwość, jednocześnie nadwerężając zaufanie rządzonych.

Na tym tle gładkie elity końca XX i początków XXI wieku już teraz wyglądają anachronicznie. Ci, którzy wskazują na Borisa Johnsona czy Nigela Farage’a, mówiąc, że nie tak wygląda prawdziwy polityk, jedynie zwiększają ich wiarygodność i atrakcyjność w oczach wyborców. Burmistrz Londynu i szef Partii Niepodległości funkcjonują dokładnie dzięki swej szorstkiej uczciwości amatorów – autentycznych ludzi, którzy nie zostali wyhodowani w politycznych laboratoriach, i którzy mówią to, co myślą, zamiast jak papugi powtarzać „linię partii”.

W rzeczywistości obaj są politykami w pełnym tego słowa znaczeniu: Johnson piastuje drugą kadencję jako burmistrz globalnej metropolii, która w zeszłym roku gościła letnią olimpiadę, a Farage zaplanował sprytną strategię wyborczą, sugerującą, że jego talenty wykraczają poza czar knajpianego podrywacza i sportową elegancję. Obaj doskonale rozumieją, że głęboko podejrzliwy elektorat ceni „autentyczność” ponad wszystko.

Poza historycznym spadkiem zaufania społecznego Cameron musi stawić czoła nie mniej dramatycznej zmianie sytuacji samej Unii Europejskiej. Jak w swej pracy magisterskiej, zatytułowanej „Ten błogosławiony spisek”, pisał znany dziennikarz Hugo Young, eurosceptycy byli zawsze otwarci na oskarżenie o „brak realizmu”. Pisząc w roku 1998, Young zauważał: „Świat, którego bronili, wydawał się w ostatecznym rozrachunku nostalgiczny i ciasny: oblegany przez demony, trapiony egzystencjalnym zwątpieniem”.

W globalnym wyścigu

Minęło jednak piętnaście lat i zarówno świat, jak i Unia Europejska wyglądają zupełnie inaczej. Kontynentem wstrząsa kryzys euro i nie jest już tak łatwo jak kiedyś twierdzić, że bycie poza Unią nie ma sensu z ekonomicznego punktu widzenia. Jak Lord Lawson ujął to w nawołującym do wyjścia z Unii zeszłotygodniowym artykule w The Times, „Sedno sprawy polega na tym, że realnym kontekstem gospodarczym nie jest dzisiaj Europa, lecz globalizacja, w tym globalny wolny handel, z czuwającą nad nim Światową Organizacją Handlu”.

Lawson ma poglądy zbliżone do kanclerza skarbu George’a Osborne’a, a jego artykuł odzwierciedla poglądy, które z pewnością omówił uprzednio z pierwszoplanowymi politykami torysów. Zamieszczony w samej gazecie artykuł konserwatywnego polityka i dziennikarza Michaela Portillo był ostrzejszy, bardziej otwarcie wrogi polityce Camerona i, w zawoalowany sposób, wyśmiewający dzisiejsze przywództwo Partii Konserwatywnej.

W takich chwilach warto przypomnieć sobie, że Portillo jest nie tylko ojcem strategii odmłodzenia wizerunku partii, lecz także był bliskim uczniem Żelaznej Damy, czyli byłej premier Margaret Thatcher. Argumentując, że pomiędzy ambicjami Wielkiej Brytanii i ambicjami Unii istnieje „zasadnicza sprzeczność”, której nie rozwiążą „drobne negocjacje”, Portillo przemawiał, jak podejrzewam, w imieniu większości konserwatywnych posłów i rosnącej części opinii publicznej. Cameron jest najlepszy, kiedy mówi, że Wielka Brytania uczestniczy w „globalnym wyścigu”. Z każdym miesiącem coraz trudniej jest mu jednak przekonywać, że członkostwo w Unii jest w tym wyścigu pomocą, a nie przeszkodą.

Cameronowi oddać trzeba, że zaproponował przeprowadzenie referendum na temat brytyjskiego członkostwa w UE. Jednak jego propozycja nowej umowy społecznej, nowego początku, na który warto poczekać, zanim podejmiemy decyzję, zdobyła niewielu zwolenników i nie nabrała przyspieszenia. W oczach zbyt wielu wygląda ona jak kompromis, a nie na połowę logicznego argumentu. Forsowana obecnie przez torysów w Izbie Gmin poprawka jest tylko jedną z wielu interwencji, podstępów i wyskoków, jakich Cameron może oczekiwać, mających zmusić go do zajęcia bardziej zdecydowanej postawy w sprawie kluczowej dla tożsamości narodu.