Ze spotkania pani Ashton z Mohammedem Mursim, jeńcem egipskich generałów, nie ma zdjęć ani filmów. Przekaz, jaki szefowa dyplomacji UE dała nam swoją rozpaczliwą próbą mediacji, jest jednak bardzo wyrazisty. W nadziei na spotkanie z Mursim i na wywarcie na niego wpływu przedstawicielka 507 milionów Europejczyków wsiadła przed trzema tygodniami do helikoptera – nie znając celu i zdając się na łaskę nowego reżimu.

Z faktu, że nie udało się zapobiec katastrofie w Kairze, wynika dla nas z całą wyrazistością znaczenie tego spotkania. Świadczy ono, że mediatorka była pełna dobrej woli, lecz zbrakło jej siły przekonywania. Ministrowie spraw zagranicznych państw członkowskich UE, którzy w środę wezmą udział w specjalnym spotkaniu w Brukseli, będą musieli znaleźć odpowiedź nie tylko na problem przemocy w Egipcie, lecz także na własną bezsilność.

W przypadku Syrii Europejczycy już od lat nie mają większego wpływu na bieg wydarzeń. Teraz pogodzić się muszą z podobną bezradnością w kwestii Egiptu. Dotyczy to zarówno Unii Europejskiej jako całości, jak i poszczególnych państw członkowskich. Europejczycy nie byli dotychczas w stanie – ani każde państwo z osobna, ani jako Wspólnota – wywrzeć nacisku, który odwiódłby sprawującą władzę armię od planu wyeliminowania Bractwa Muzułmańskiego z polityki.

Spojrzenie z perspektywy własnych słabości

Mimo że szefowie dyplomacji państw członkowskich na razie nie będą w stanie nic w tej kwestii zmienić, ich spotkanie jest jak najbardziej potrzebne

Mimo że szefowie dyplomacji państw członkowskich na razie nie będą w stanie nic w tej kwestii zmienić, ich spotkanie jest jak najbardziej potrzebne. Z jednej strony dlatego, że nie ma nic gorszego niż bezsilność w obliczu tylu ofiar, a z drugiej strony dlatego, że Europa – nawet jeśli brzmi to dziś utopijnie – wciąż stanowi wielką, prawdopodobnie jedyną, szansę dla Egiptu. Unia Europejska być może jest do zastąpienia na pozycji fundatora (na przykład przez Saudyjczyków), ale tylko ona może wprowadzić Egipt na nową drogę polityczną.

Zaniepokojeni kryzysem euro i zszokowani pożarem na Bliskim Wschodzie Europejczycy przyzwyczaili się do postrzegania świata z perspektywy, która uwypukla ich własne słabości. Należą do nich szefowa unijnej dyplomacji, która bojaźliwie próbuje wmieszać się w problemy, czy nowa Europejska Służba Działań Zewnętrznych, zawodząca pokładane w niej nadzieje. Do tego dochodzą rządy krajowe, które troszczą się wyłącznie o własne interesy – niekiedy w sposób bezwzględny jak Brytyjczycy czy Francuzi, a czasem nadgorliwie i pochopnie jak reprezentowani przez swego ministra spraw zagranicznych Niemcy. Listę zamyka brak sił militarnych.

Prawda jednak, że gdy obrać szerszą perspektywę, wszystko się relatywizuje. Jak pokazuje przykład Stanów Zjednoczonych, siłom wojskowym obecnie nie udaje się rozwiązać wielkich kryzysów świata arabskiego. Rzekomo jednolita polityka zagraniczna również nie chroni przed utratą orientacji – jak pokazał amerykański sekretarz stanu John Kerry, gdy omyłkowo uzasadnił egipski pucz wolą narodu. Działać naprawdę stanowczo mogliby obecnie tylko ci, którzy nie mają problemu z przemocą – oczywiście dopóty, dopóki po ich myśli wpływa ona na rozkład sił w regionie (znów Saudyjczycy).

Nie stawać po niczyjej stronie

W najgorszym razie różne punkty widzenia doprowadzą do blokady, w najlepszym razie wymuszą obranie rozsądnego i wiarygodnego stanowiska

Unia Europejska może natomiast – jeśli odpowiednio do tego podejdzie – wykorzystać swoją wiarygodność, która bierze się choćby z tego, że Wspólnota nie służy żadnemu interesowi „narodowemu”, a interes europejski jest kwestią negocjowalną. W przypadku Egiptu uzasadnioną wściekłość z powodu przejęcia władzy przez wojsko i krwawego stłumienia protestów zrównoważyć musi równie uzasadnione pragnienie, by nie pozwolić, aby egipski chaos jeszcze się pogłębił. Pragnienie, które ogarnia przede wszystkim europejskie państwa basenu Morza Śródziemnego. W najgorszym razie różne punkty widzenia doprowadzą do blokady, w najlepszym razie wymuszą obranie rozsądnego i wiarygodnego stanowiska.

Rozsądne wydaje się przede wszystkim to, by nie stawać po niczyjej stronie. W obliczu winy, jaką wzięli na siebie w Kairze prawie wszyscy zainteresowani, nie dałoby się nawet ustalić, która to ma być strona. Nie oznacza to jednak, że należy akceptować despotyzm, który zakorzenił się w Egipcie za zgodą przynajmniej części społeczeństwa. Kanclerz Angela Merkel i minister spraw zagranicznych słusznie w tej kwestii naciskali. Absurdem byłoby napychać nowy reżim pieniędzmi przeznaczonymi na tworzenie struktur demokratycznych. Dotyczy to rzecz jasna także dostaw broni.

Unia Europejska – zszokowana katastrofą, której nie udało się zapobiec – nie może teraz uciec w czysty pragmatyzm. Wiarygodność jest w polityce zagranicznej towarem deficytowym, gdyż niebywale wolno się odradza. Bez niej Unia nic w Egipcie nie wskóra.