Dwadzieścia lat istnienia Trójkąta Weimarskiego to przede wszystkim historia pełna rozczarowań. Do dziś nie udało się go przekuć w trwały sojusz Warszawy, Paryża i Berlina, który stałby się motorem rozszerzonej Europy. Co nie oznacza, że w przyszłości jest to niemożliwe.

Dotychczasowe porażki to po części wina wygórowanych ambicji politycznych Polski, a po części krótkowzroczności i braku zainteresowania przywódców Niemiec i Francji, którzy długo traktowali nas jak ubogich krewnych.

Berlin i Paryż pamiętają, że nie udało się w 2003 r. przekonać Warszawy, by ta nie popierała inwazji USA na Irak. Trójkąt nie zadziałał, gdy Europa Zachodnia uzgodniła z Rosją budowę gazociągu północnego, omijającego Polskę. Na nic się zdał również wówczas, gdy trwała wojna Gruzji z Rosją, a polski i francuski prezydent ścigali się, kto pierwszy znajdzie się w Tbilisi.

Trójkąt był jedynie nieformalną platformą do prowadzenia rozmów, a to, czy jest sens ją wykorzystywać, zależało już od dobrej woli polityków. W 2006 r. ewidentnie jej zabrakło, gdy Lech Kaczyński, obrażony na niemiecki niszowy dziennik za satyrę tam opublikowaną, zerwał szczyt Trójkąta w Weimarze.

Bronisław Komorowski, ściągając do Warszawy Angelę Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego, pokazał, że polsko-niemiecko-francuska platforma do rozmów ma jednak znaczenie, co jest niezwykle ważne w ostatnim trudnym dla UE czasie, gdy Europa obawia się podziału na tę ze wspólną walutą i tę bez niej.

Cały artykuł można przeczytać na stronie Gazety Wyborczej.