Książę Karol, Barack Obama, Mary Robinson i Naomi Klein od dawna łączą zmiany klimatu z migracją i przesiedleniem. W orędziu o stanie państwa w 2015 r. prezydent Barack Obama stwierdził, że „nie ma większego zagrożenia dla przyszłych pokoleń od zmiany klimatu. Jeśli nie podejmiemy energicznych działań, dalej będziemy obserwować, jak niebezpieczne susze i powodzie oraz wielkie anomalie powodują migracje i głód na całym świecie”.

Wielu komentatorów zwraca też uwagę, że globalne ocieplenie przyczyniło się do wybuchu krwawej wojny w Syrii, zmusiło miliony osób do opuszczenia tego kraju oraz stało się paliwem dla tzw. kryzysu uchodźczego w Europie. Podczas konferencji klimatycznej w Paryżu, Naomi Klein wezwała do zawarcia porozumienia uznającego „pełne prawo uchodźców klimatycznych do przenoszenia się na bezpieczne tereny”.

Po paryskim szczycie i w obliczu obecnych wyzwań, jakie w związku z imigrantami stają przed Europą, warto więc głębiej zbadać związek między zmianami klimatu a przesiedleniami. Widać wyraźnie, że zmiany klimatyczne wpływają na ruchy ludności. W końcu życie milionów osób w delcie Mekongu czy Rogu Afryki zależy od stałych warunków pogodowych. Są oni bardzo podatni na ekstremalne zjawiska pogodowe, nasilające się pod wpływem zmian klimatycznych.

Wielu mieszka na terenach wrażliwych na wzrost poziomu mórz i oceanów (pomyślcie choćby o nisko położonych państewkach wyspiarskich na Pacyfiku) i zalewowych (banglijskie Sundarbany – lasy namorzynowe – są domem dla milionów osób). Co więcej, wskazując na powiązanie zmian klimatu z przemieszczaniem się ludności, wielu żywi nadzieję, że światowi przywódcy podejmą działania ograniczające emisje i zapobiegające zagrożeniu, jakim jest wzrost średniej temperatury na świecie o ponad 2 stopnie Celsjusza. Porozumienie zawarte w Paryżu jest krokiem milowym na drodze do osiągnięcia tego celu.

Jednak szukając rozwiązania problemu przesiedleń spowodowanych zmianami klimatycznymi, należy wziąć pod uwagę, że zależności między zmieniającym się klimatem a migracją są dużo bardziej złożone niż wynikałoby to z prostego mechanizmu przyczynowo-skutkowego. Wysocy urzędnicy Biura Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców oraz Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji podkreślają, że przesiedlenia nie zawsze są bezpośrednią konsekwencją zmiany klimatu.

Naukowcy tacy jak Alexander Betts również są zdania, że migracje to złożone zjawisko spowodowane przez wiele różnych, powiązanych ze sobą czynników. Zmiany klimatyczne są tylko jednym z nich. Poza tym, nawet w wypadku największych kataklizmów naturalnych, nie wszyscy ludzie opuszczają zagrożone tereny. Często dzieje się tak, że zostają ci najbardziej bezbronni. Stało się tak podczas huraganu Katrina, kiedy to ubożsi mieszkańcy czarnych dzielnic Nowego Orleanu zostali pozostawieni samym sobie na dachach domów otoczonych przez wodę.

Najważniejsze jednak – niezależnie od tego, czy mówimy o huraganie Katrina (2015), trzęsieniu ziemi w Syczuanie (2008) czy też suszy w Syrii (2008–11) – jest to, jak politycy przygotowują się, a później reagują na te klęski żywiołowe. W przypadku prezydenta George’a Busha juniora przygotowania i podjęte później działania były klęską o epickich rozmiarach. Okazało się też, że Federalna Agencja Zarządzania Sytuacjami Kryzysowymi (FEMA) była niedoinwestowana, źle wyposażona i miała za mało pracowników. W Syczuanie (katastrofa niezwiązana ze zmianami klimatu, lecz stanowiąca jeszcze jeden przykład fatalnego zarządzania ze strony polityków) pod gruzami szkół zginęło ponad 5000 dzieci. Stało się tak tylko dlatego, że przepisy budowlane nie były egzekwowane.

Tymczasem w Syrii wydarzenia nazywane arabską wiosną, susza oraz tlące się od dłuższego czasu niezadowolenie doprowadziły do wybuchu powstania przeciwko prezydentowi Asadowi, który rozpętał krwawą wojnę przeciwko własnemu narodowi. Na konflikt ten nałożył się dodatkowo kryzys związany z tzw. Państwem Islamskim. Istotne jest to, że o ile zmiany klimatyczne jedynie pomnażają niebezpieczeństwa, o tyle to od polityków i zarządzanych przez nich struktur społecznych oraz gospodarczych zależy, kto najbardziej w danym kataklizmie ucierpi.

Najważniejsze jest, by zdać sobie sprawę, że to czynniki polityczne decydują o tym, kto się przenosi, a kto zostaje na miejscu. Jeśli zdefiniujemy problem wyłącznie jako przesiedlenie spowodowane zmianą klimatu – co na ogół kryje się pod terminem „uchodźcy bądź migranci klimatyczni” – ryzykujemy, że zaproponowane przez nas rozwiązania będą błędne. Oto przykład: niektórzy naukowcy i organizacje pozarządowe, takie jak Friends of the Earth, wezwały do przyjęcia nowego międzynarodowego protokołu w celu ochrony i zapewnienia pomocy „uchodźcom klimatycznym”, słusznie podkreślając, że nie są oni objęci Konwencją o Uchodźcach z 1951 r., która chroni jedynie osoby uciekające z ojczyzny ze względu na prześladowania.

Jednak ustanowienie nowej kategorii „uchodźców klimatycznych” może okazać się bardzo problematyczne. Po pierwsze dlatego, że ciężko jest wskazać na jednoznaczny związek danego zdarzenie meteorologicznego ze zmianą klimatu, nie mówiąc już o ruchach ludności. Zidentyfikowanie oraz udzielenie pomocy „uchodźcom klimatycznym” byłoby więc praktycznie niemożliwe. Co więcej, skoncentrowanie się na pomocy „uchodźcom klimatycznym” pozbawiłoby jej tych, którzy zostali zmuszeni do migracji ze względu na klęski naturalne niezwiązane ze zmianami klimatu, takie jak trzęsienia ziemi na Haiti czy w Syczuanie.

Niezaspokojone pozostałyby też potrzeby ludzi uciekających z państw upadłych, takich jak Afganistan czy Irak, którzy nie są objęci wspomnianą konwencją o uchodźcach. Musimy rozszerzyć międzynarodową ochronę o grupy nie mieszczące się w definicji „uchodźców klimatycznych”. Jaką więc pomoc powinniśmy zaoferować ludziom narażonym na zmiany klimatu? Konieczne jest, by rządy opracowały narodowe plany adaptacyjne, które przygotowałyby i opisywały działania, jakie należy podjąć w przypadku wystąpienia niekorzystnych zmian klimatu. Przystosowanie się do nich oznaczałoby zarówno budowę wałów przeciwpowodziowych, jak również edukację rolników.

Ponadto, kraje powinny zwiększyć nakłady na adaptację do zmian klimatu w najbardziej na nie narażonych państwach rozwijających się. Szczyt w Paryżu wydawał się pod tym względem obiecujący – Sekretarz Stanu USA John Kerry oświadczył, że jego kraj podwoi wydatki na strategie adaptacyjne do ponad 800 mln dolarów rocznie. Obecnie zaledwie 16 proc. środków przeznaczanych na walkę z globalnym ociepleniem wydawanych jest na przystosowanie się do nowych warunków klimatycznych. To zdecydowanie za mało. W latach 2012–2013 wydatki na ten cel wyniosły 23–26 mld dolarów [21–24 mld euro], jednak kraje rozwijające się potrzebują rocznie co najmniej 70 mld. Po szczycie w Paryżu, musimy wywrzeć zdecydowaną presję na rządy, by opracowały i sfinansowały odpowiednie plany adaptacyjne oraz pomogły najbardziej narażonym krajom przygotować się na zmiany klimatu.