To, że wydarzenia w Japonii zmieniły moje stanowisko w sprawie energii jądrowej, nie jest większym zaskoczeniem. Wielu czytelników może tylko zdziwić kierunek, w jakim zaszła ta zmiana. Katastrofa w Fukushimie sprawiła bowiem, że z osoby o poglądach neutralnych stałem się orędownikiem technologii nuklearnej.

Przypomnijmy: stara, nędzna elektrownia bez odpowiednich zabezpieczeń została uszkodzona w wyniku potężnego trzęsienia ziemi i monstrualnego tsunami. Instalacja elektryczna uległa awarii, w wyniku czego przestał działać system chłodzenia. Reaktory eksplodowały jeden po drugim, rozpoczął się proces topnienia rdzenia. Mimo to, jak dotąd, nie słychać o ofiarach, które otrzymałyby śmiertelną dawkę napromieniowania.

Niektórzy ekolodzy mocno przejaskrawiają zagrożenia płynące ze skażenia radioaktywnego. Owszem, niebezpieczeństwa te mogłyby doprowadzić do rewolucji w energetyce, gdyby tylko inne formy wytwarzania energii były zupełnie niegroźne. A tu jednak jest jak z lekarstwem – jeśli nie wywołuje efektów ubocznych, istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie za wiele daje.

Zielona energia psuje krajobraz

Proszę mnie źle nie zrozumieć: opowiadam się za zwiększonym wykorzystaniem odnawialnych źródeł energii, podobnie jak większość działaczy na rzecz ochrony środowiska. Ale też jestem w stanie zrozumieć przeciwników tej idei.

Opór obywateli budzą nie tylko same farmy wiatrowe ulokowane na lądzie, ale i wszelkiego rodzaju przyłącza (słupy wysokiego napięcia i linie energetyczne). Ponadto w miarę jak w sieci elektrycznej płynie coraz więcej energii odnawialnej, dla zapewnienia ciągłości dostaw potrzeba coraz to nowych elektrowni szczytowo-pompowych. Oznacza to konieczność budowy zbiorników wody na terenach górskich, co również nie cieszy się większym poparciem w społeczeństwie.

Negatywny wpływ i koszty energii ze źródeł odnawialnych rosną wraz z jej udziałem w całej produkcji elektryczności, a to dlatego że jednocześnie zwiększa się zapotrzebowanie na systemy jej magazynowania oraz dystrybucji nadwyżek. Nie można wykluczyć (choć przydałyby się tu badania porównawcze), że do pewnego stopnia wykorzystania sieci elektrycznej – na poziomie 50, może 70% – energia odnawialna w mniejszym stopniu przyczynia się do zanieczyszczenia środowiska niż energia jądrowa, jednak po przekroczeniu tego progu sytuacja się odwraca.

Sam wielokrotnie apelowałem, by elektryczność uzyskiwaną z paliw kopalnych zastąpić tą ze źródeł odnawialnych i tym samym wyeliminować ropę z transportu oraz gaz z przemysłu grzewczego. Czy w obliczu katastrofy w Japonii powinniśmy teraz domagać się, by miejsce elektrowni jądrowych zajęła energia odnawialna? Przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę, że im więcej zadań stawiamy przed tą drugą, tym większy wpływ będzie ona miały na otaczający nas krajobraz, a co za tym idzie – tym trudniej będzie przekonać do niej opinię publiczną.

Energia słoneczna nie zaspokoi zapotrzebowania

Idea rozbudowy sieci elektrycznej w celu doprowadzenia prądu z odległych obszarów bogatych w energię ekologiczną do odbiorców indywidualnych i przemysłowych napotyka zdecydowany sprzeciw ze strony większości ekologów, co widać chociażby na przykładzie reakcji na jeden z ostatnich wpisów na moim blogu, gdzie starałem się dowieść, że energia atomowa jest mimo wszystko bezpieczniejsza niż węgiel. Ekolodzy widzą wyjście z tej sytuacji gdzie indziej: ich zdaniem powinniśmy przede wszystkim ograniczyć zużycie energii, a niezbędne minimum wytwarzać w tym samym miejscu, gdzie jest potrzebna. Ta idylliczna wizja na pierwszy rzut oka wydaje się pociągająca – dopóki nie przeczytamy, co napisano drobnym drukiem.

Na naszej szerokości geograficznej próby uzyskania energii elektrycznej ze środowiska skazane są na kompletną porażkę. Wytwarzanie energii słonecznej w Wielkiej Brytanii odbywa się kosztem widowiskowego marnotrawienia rzadkich zasobów. Wszelkie tego typu przedsięwzięcia są niewydajne i niedostosowane do struktury zapotrzebowania na elektryczność.

Podobnie rzecz ma się z energią wiatrową na terenach gęsto zaludnionych. Wynika to po części z faktu, że od wieków budujemy nasze osady w miejscach osłoniętych przed niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. Poza tym, turbulencje wywołane przez budynki zaburzają naturalny przepływ powietrza, co sprawia, że cały mechanizm działa wadliwie. Chybiony wydaje się też pomysł tworzenia małych elektrowni wodnych – mogłyby one sprawdzić się w gospodarstwie wiejskim w Walii, ale już w Birmingham niewielki z nich pożytek.

Dlaczego marnować surowce odnawialne na produkcję prądu?

Wątpliwości jest jednak o wiele więcej. Skąd wziąć ogromne ilości prądu niezbędne do właściwego funkcjonowania zakładów włókienniczych, pieców hutniczych oraz kolei elektrycznej, nie wspominając o bardziej zaawansowanych procesach przetwórczych? Z paneli słonecznych zamontowanych na dachach? Jeśli tylko uwzględni się zapotrzebowanie całej gospodarki na elektryczność, pomysł lokalnego wytwarzania energii traci nagle na atrakcyjności. Warunkiem koniecznym w miarę dobrze funkcjonującego systemu zaopatrzenia w energię odnawialną jest istnienie krajowej (jeśli nie międzynarodowej) sieci elektrycznej.

Niektórym ekologom to wciąż jednak za mało. Dlaczego marnować surowce odnawialne na produkcję prądu zamiast wykorzystać je bezpośrednio jako źródło energii? Aby odpowiedzieć na to pytanie, spójrzmy na to, co się działo w Wielkiej Brytanii w czasach poprzedzających rewolucję przemysłową.

Budowa zapór wodnych i jazów na angielskich rzekach na potrzeby malowniczych młynów wodnych sprawiła, że faktycznie mogliśmy cieszyć się energią odnawialną wytwarzaną lokalnie i na małą skalę. Wkrótce jednak okazało się, jak fatalne miało to skutki. Zapory zaburzyły naturalny bieg rzek i spowodowały zamulanie tarlisk, w wyniku czego wędrówki ryb stały się praktycznie niemożliwe. Tym samym końca dobiegł jeden ze wspaniałych spektakli natury w naszym kraju, jednocześnie zaś ryby znikły z talerzy Brytyjczyków. Jesiotr, minóg i aloza właściwie wyginęły, a populacja troci i łososia uległa przetrzebieniu.

Rozwojowi siły pociągowej towarzyszył głód. Im więcej ziemi służyło wykarmieniu zwierząt użytkowych, wykorzystywanych w przemyśle i transporcie, tym mniej pozostawało na wyżywienie ludzi. Sytuację tę można by uznać za XVII-wieczny odpowiednik obecnego kryzysu wywołanego przez biopaliwa. Podobnie rzecz się miała z opałem. Nim rozpowszechnił się węgiel, do ogrzewania domów używano drewna, które miało też zastosowanie w przemyśle.

Zakładając, że powierzchnia Wielkiej Brytanii byłaby w połowie pokryta lasami, bylibyśmy w stanie wytworzyć 1,25 miliona ton żelaza sztabowego rocznie (co stanowi zaledwie ułamek obecnej konsumpcji), ale nic poza tym. W gospodarce opartej na rolnictwie dostęp do wyrobów przemysłowych był ograniczony dla bardzo wąskiej elity. Stąd uzasadnione wydaje się twierdzenie, że ekologiczne sposoby wytwarzania energii – opierające się wyłącznie na owocach ziemi – w ogólnym rozrachunku są dla ludzkości bardziej szkodliwe niż katastrofa nuklearna.

Negatywny wpływ energi jądrowej był jak dotąd niewielki

Jeśli awaria w Fukushimie spowoduje odejście od energii jądrowej, kraje będą szukać czegoś w zamian. Z całą pewnością nie będzie to ani drewno, woda, wiatr, ani słońce, lecz paliwa kopalne. Tymczasem dziś wiemy już, że węgiel jest sto razy gorszy niż energia atomowa, i to pod każdym możliwym względem – wpływu na zmiany klimatu i krajobrazu wywołane przez górnictwo, zanieczyszczenia powietrza, wypadków przy pracy czy odpadów radioaktywnych. Co więcej, rośnie również ryzyko związane ze zwiększającym się wydobyciem i wykorzystaniem gazu łupkowego.

Owszem, wciąż nienawidzę kłamców reprezentujących przemysł atomowy. I zgadza się, wolałbym, żeby całą tę branżę zamknięto na trzy spusty – pod warunkiem, że istniałoby w to miejsce coś bezpiecznego. Nie ma jednak rozwiązań idealnych. Każda technologia wytwarzania energii pociąga za sobą pewne koszty – podobnie zresztą jak brak takich technologii. Energia atomowa znajduje się obecnie w najpoważniejszym kryzysie od wielu lat, lecz nie zapominajmy, że jej negatywny wpływ na ludzi i całą planetę był jak dotąd niewielki. Kryzys w Fukushimie sprawił, że się nawróciłem: dziś jestem zwolennikiem energii nuklearnej.