Manifestacje przeciwko „podatkowi internetowemu”, który rząd Węgier chce nałożyć na dostawców Internetu pokazują, zdaniem Gazety Wyborczej, że „Węgrzy szukają alternatywy dla Fideszu [premiera Viktora Orbána], który – przy wszystkich swoich wadach – był coraz częściej traktowany nad Dunajem jako mniejsze zło”.

Warszawski dziennik tłumaczy, że wielu Węgrów popierało dotychczas konserwatywny Fidesz, ponieważ bało się skrajnie prawicowego Jobbiku. Dopiero gdy rząd „położył łapę na Internecie”, wyszli na ulicę.

Jednak, jak podkreśla Gazeta Wyborcza,

Fidesz nie reaguje na protesty, tak jak w 2006 r. socjalistyczny premier Ferenc Gyurcsány nie reagował, gdy na Węgrzech wyciekły „taśmy prawdy”, w których premier w niewybrednych słowach przyznał się do oszukiwania wyborców i składania obietnic bez pokrycia. Dumni potomkowie Arpada byli wściekli, zwłaszcza za nazwanie Węgier „tym kur... krajem”.

Protesty były wtedy jeszcze większe, centrum Budapesztu przypominało pole bitwy. A Gyurcsány, który stał się wrogiem publicznym numer 1, milczał. Przeprosił dopiero po tygodniu, i to nie za to, co powiedział, tylko za wulgarny język.

Orbán wykazał się wtedy świetnym zmysłem politycznym. Choć mógł zostać twarzą manifestacji, wolał pozostać w cieniu i obserwować stopniową degrengoladę ówczesnego rządu.

Dzięki temu w 2010 r. jego Fidesz zdobył miażdżącą większość w parlamencie. Tymczasem węgierska lewica nie może się podnieść do dziś. Gazeta Wyborcza konkluduje, że

Teraz sytuacja jest inna, ale są też podobieństwa. Nie tylko dlatego, że kryzys spada na rząd na początku jego drugiej kadencji. Podatek od Internetu może być kamyczkiem, który ruszy lawinę, z której wyłoni się sensowna polityczna alternatywa dla Fideszu. Nieważne, czy będzie to ruch obywatelski, centrum, czy nowa lewica – grunt, żeby jedyną alternatywą dla Orbána na Węgrzech nie był Jobbik.

Tłum. Fryderyk Schneider