Farsa i tragedia w Bukareszcie

Panosząca się korupcja i kryzys polityczny ostatnich miesięcy – zwłaszcza walka prezydenta Basescu z premierem Pontą – pokazują, że moment przejścia do demokracji się opóźnia. Rumuni są zgorzkniali i pełni rezygnacji, ale niektórzy wciąż są gotowi przysiąc, że ich kraj czeka świetlana przyszłość, pisze z Bukaresztu Adriano Sofri.

Opublikowano w dniu 27 sierpnia 2012 o 14:34

Rumunia jest pełna banków i kościołów, zupełnie tak jak Włochy. Ale najwięcej jednak jest aptek i „Case de amanet” – czyli lombardów. Niezliczone apteki położone tuż koło siebie to zły znak. Średnia oczekiwana długość życia jest o osiem lat krótsza od włoskiej. Ludzie się nie leczą, swoje dolegliwości załatwiają pigułkami. Recepty są ważne trzy miesiące, w miesiącu, kiedy trzeba wykupić lek, zaciska się pasa. Lekarze i pielęgniarki masowo emigrują, w służbie zdrowia korupcja jest wszechobecna. Płace są śmiesznie niskie, emerytury żałosne.

Pacjent melduje się w szpitalu ściskając w ręku marne grosze dla każdego – od pracownika izby przyjęć, przez salową, noszowego, pielęgniarkę, lekarzy aż po anestezjologa, któremu wręcza swoje leje, czekając już nagi w sali operacyjnej na moment uśnięcia.

Korupcja jest wszędzie. W szkole, na policji, w handlu, w skarbówce, podczas konkursów na stanowiska państwowe. A zwłaszcza w świecie polityki, który zamienił proces prywatyzacji – wspierany przez Europę oraz MFW bez oglądania się na to, jak będzie wdrażany – w totalną likwidację majątku państwowego.

Malowniczy galimatias

Rumuński pejzaż instytucjonalny to malowniczy galimatias. Partia socjaldemokratyczna (niech nikt nie da się zwieść nazwie, to epigoni komunistów) kierowana przez czterdziestoletniego Victora Pontę uzyskała większość w parlamencie dzięki sojuszowi z partią narodowo-liberalną, po czym skorzystała z tego, by uderzyć w organy sądownicze i postawić w stan oskarżenia oraz zdjąć z urzędu Traiana Basescu z partii demokratycznej, który zresztą był uwikłany we współpracę z osławioną Securitate, jak każdy, kto pełnił jakieś funkcje w czasach Ceauşescu.

Impeachment Basescu był przedmiotem referendum wyznaczonego na 29 lipca. Już raz wygrał podobne referendum – w 2007 r. – ale od tamtego czasu jego popularność znacznie zmalała z powodu bezlitosnych posunięć gospodarczych narzuconych przez MFW i UE oraz niespełnienia obietnic walki z korupcją. A także z powodu domniemanej arogancji i wywyższania się, które nie sprzyjało dialogowi międzypartyjnemu.

Ponta i jego sojusznik Crin Antonescu – już mianowany prezydentem na miejscu Basescu – nie osiągnęli jednak celu, bo do referendum poszło ledwie 46% wyborców (do ważności głosowania konieczny był udział połowy uprawnionych). Prawie 90% spośród nich opowiedziało się przeciw Basescu. Ten jednak ani myśli ustąpić.

Przypadki wywierania presji w sprawach przekrętów wyborczych na zwykłych sędziów i Sąd Najwyższy są na porządku dziennym w kraju, w którym trudno znaleźć urząd nieobsadzany w drodze bezpośredniej nominacji przez szefa którejś z sitw. Prawdopodobnie Ponta i jego ludzie będą z zaciśniętymi zębami znosić „kohabitację” aż do wyborów powszechnych na jesieni, które powinny potwierdzić ich dominację, wykazaną podczas wyborów samorządowych. Najbardziej cyniczni sądzą, że cała rzecz teraz polega na znalezieniu honorowego – i bezpiecznego – wyjścia dla Basescu, tak by mógł spokojnie wrócić do życia prywatnego, a nie za kraty. We Włoszech skądinąd dobrze znamy ten problem.

Ponure nieporozumienie

Według tych samych obserwatorów taki był cel niedawnej wizyty w Bukareszcie podsekretarza stanu USA Phillipa Gordona. Amerykanie byli przychylni wobec Basescu i są zainteresowani zrównoważeniem aliansu jego przeciwników z Rosją. Do tego bowiem sprowadza się wybór między prawicą a lewicą, który w Rumunii jest stale utrzymującym się ponurym nieporozumieniem. Za Pontą i jego ekipą czai się osiemdziesięciodwuletni Ion Iliescu, wielki macher z drugiego szeregu ekipy Ceauşescu, który jeśli nawet nie pociągał za wszystkie sznurki podczas „rewolucji” 1989 r. – jak niektórzy podejrzewają – był z pewnością ważnym manipulatorem i beneficjetnem. Za jego sprawą rewolucja była zarazem połowiczna i okrutna.

To Iliescu wysłał w 1990 r. tysiące górników, by brutalnie pobili protestujących studentów w Bukareszcie, i to on prowadził długi czas rumuńską „transformację”. Szkoda studentów, ale i, z perspektywy czasu, szkoda tamtych górników. Że rumuńska gra o władzę bywa ciężka, dowodzi los byłego premiera z partii socjaldemokratycznej i rywala Basescu w wyborach 2004 r. Adriana Nastasego. Od czerwca odsiaduje on dwuletni wyrok za sprzeniewierzenie funduszy wyborczych. Być może zarzuty były prawdziwe, ale posłużyły za pretekst do kolejnej rozgrywki Basescu. Oczywiście we wszystkim mieszają się farsa i tragedia. Ponta na przykład, przyłapany na splagiatowaniu jednej trzeciej swej rozprawy doktorskiej, reagował w różny sposób, najpierw rozwiązał komitet odpowiedzialny za weryfikację stopni naukowych, potem zaś twierdził, że gdy robił doktorat w 2003 r. nie obowiązywało stosowanie cudzysłowów przy cytatach…

Lombardy otwarte całą dobę

Nie ma się co dziwić, że w takim kontekście publicznym opinie rumuńskich obywateli są skrajne, ale i zmienne. Te same argumenty są wypowiadane z tym samym oburzeniem za i przeciw Basescu, za i przeciw Poncie (oraz Iliescu). Jedni powiadają, że trzeba zaczekać, aż przyjdą młodzi. Inni twierdzą, że już się naczekali, a młodzi niczego nie zmienią, co najwyżej wyemigrują. Większość zaś zdaje się mówić, „nie ma rady, Rumuni już tacy są”. To niemal jak przysłowie.

Pozostają zatem te niezliczone lombardy. Pojawiły się ponoć tuż po upadku Ceauşescu, kiedy zjawili się Turcy skupujący złoto, a potem dołączyli do nich Arabowie i bogaci Cyganie. Zastawić można wszystko. Lombardy to obok aptek, banków i kościołów, najtrwalsze instytucje biednej Rumunii, która naprawdę jest bardzo biedna. Niektóre z nich są otwarte całą dobę – ktoś może być np. zmuszony zastawić ślubną obrączkę o trzeciej nad ranem, aby pobiec potem do apteki.

Ale sześćdziesięcioletni biznesmen Sergiu Shlomo Stapler przestrzega mnie, bym nie wyciągał pochopnych wniosków, jego zdaniem Rumunia za 20 lat będzie jak Szwajcaria, ma bowiem wykształconą młodzież i zasoby, które nauczy się wykorzystywać. Na przykład ropę, dziś dającą profity Austriakom, Kazachom, Rosjanom, Francuzom i Amerykanom, podczas gdy dla Rumunów pozostają kolonialne ochłapy.

Widziane z Bukaresztu

Europa jest naszym kołem ratunkowym

Przynależność do Unii Europejskiej nie oznacza jedynie otrzymywania „pieniędzy z Brukseli”, ale stanowi również gwarancję dla naszej demokracji, ostatnio mocno nadwerężonej bezlitosną walką, jaka toczyła się pomiędzy ugrupowaniami politycznymi, podkreśla Adevărul. Bez Europy,

bylibyśmy świadkami budowania reżimu, nie tyle autorytarnego, ile rodzaju lokalnej mieszanki, nieprzestrzegającej żadnego prawa, manipulującej czy to podstawowymi zasadami, czy to Konstytucją w zależności od ekipy, która w danym momencie rządzi. Bez UE i NATO, bylibyśmy dla prasy międzynarodowej jakimś bardzo odległym krajem, trochę dziwnym, wartym jedynie wzmianki w rubryce „news”, ale niczego więcej.

Sytuacja ta zaistniała w wyniku referendum (w sprawie ważności odwołania prezydenta Traiana Băsescu), ma także swoje dobre strony, kontynuuje dziennik:

niedojrzałe społeczeństwo (…), mało taktowne, obdarzone słabą demokracją i dotknięte rodzajem kolektywnego emocjonalnego osłabienia. (…) Rozsądek nie wydaje się być jeszcze wartością w społeczeństwie rumuńskim. Ale być może wszystko z czasem stanie bardziej zrozumiałe i będziemy mogli przeprowadzić generalne porządki. Oczywiście, jedynie jeśli tego zechcemy.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat