Aktualności Partnerstwo Wschodnie

Jak Putin przeliczył się w walce o Ukrainę

Wygląda na to, że prezydent Rosji nie zapamiętał, a powinien to zrobić, głównej nauki, która wynika z pomarańczowej rewolucji – jeśli ktoś zamiast Ukraińców będzie próbował decydować o ich przyszłości, to mogą oni wyjść na ulice, aby wziąć swój los w ręce.

Opublikowano w dniu 3 grudnia 2013 o 17:47

W ostatniej dekadzie żadne wydarzenie nie wystraszyło Kremla bardziej niż pomarańczowa rewolucja na Ukrainie w 2004 r. Teraz wygląda na to, że najgorszy okres w karierze Władimira Putina staje się powracającym koszmarem – demonstranci ponownie wypełniają plac Niepodległości w Kijowie, żądając, aby ich kraj nawiązał bliższe stosunki z UE i oddalił się od Rosji.

Demonstracje na Ukrainie stanowią zarówno upokorzenie, jak i zagrożenie dla Putina. Rosyjski prezydent może sobie piać peany na temat głębokich więzi kulturowych i historycznych między Ukrainą a Rosją, a tymczasem dowiaduje się, że dziesiątki tysięcy Ukraińców woli zmagać się z mroźną pogodą i gradem tłukących ich pałek, aniżeli wpaść w objęcia rosyjskiej strefy wpływów.

Co więcej, jeśli masowe powstanie może znów zagrozić obaleniem skorumpowanego i despotycznego rządu Ukrainy, to wypływa stąd jasny przekaz dla Rosji. Przecież minęło mniej niż dwa lata, od kiedy rzesze demonstrantów wypełniły ulice Moskwy, aby zaprotestować przeciwko ponownej prezydenturze Putina i osądzić jego partię Jedną Rosję jako „partię oszustów i złodziei”.

Prounijne powstanie

Prounijne powstanie na Ukrainie grozi również roli, jaką według prezydenta Putina ma spełniać Rosja na arenie międzynarodowej. Głównym celem jego polityki zagranicznej jest budowa rosyjskiej strefy wpływów, obejmującej większość byłego Związku Radzieckiego. Ukraina – z jej czterdziestopięciomilionową ludnością, ogromnym obszarem, cennymi dla gospodarki zasobami i długotrwałymi powiązaniami z Rosją – ma być perłą w koronie. Znaczy o wiele więcej niż Mołdawia czy Białoruś. Jeśli Ukraińcy skręcą ku Zachodowi raczej niż na Wschód, to polityka zagraniczna Putina legnie w gruzach.

Newsletter w języku polskim

A jednak [[rząd rosyjski tylko siebie może winić za taki obrót sprawy]]. Zaczął od prymitywnej próbę sił z UE co do losu swojego sąsiada, zapominając oczywistą lekcję, którą powinien był pobrać z pomarańczowej rewolucji – że jeśli próbuje się rozstrzygnąć przyszłość Ukrainy ponad głowami jej mieszkańców, to bardzo wielu z nich może wyjść na ulice i zmienić kierunek polityczny swojego kraju.

Starając się przekonać Ukrainę, aby szukała zbliżenia z Moskwą, a nie Brukselą, Rosjanie podeszli do rządu Janukowycza z marchewką w jednej ręce i kijem w drugiej. Latem wprowadzone zostały restrykcje handlowe na ukraińskie towary, aby w ten sposób dać do zrozumienia, że kraj ten może zapłacić wysoką cenę, jeśli odwróci się plecami do Rosji. W tym samym czasie Rosjanie zaczęli przekonywać, że ich oferta leży w interesie finansowym Ukrainy – i, co ma już większe znaczenie, w interesie ukraińskiej elity.

Wygląda na to, że dwa niedawne spotkania Putina z prezydentem Wiktorem Janukowyczem odegrały decydującą rolę w procesie przekonywania ukraińskiego przywódcy do tego, iż on sam więcej zyska – jak i jego rodzina i bliscy współpracownicy – za sprawą ściślejszej współpracy z Rosją. Na Ukrainie bliskość do władzy jest często drogą do bogactwa. Syn prezydenta, Aleksander, z wykształcenia dentysta, jest teraz bardzo zamożnym i mającym dobre kontakty biznesmenem.

Moment, kiedy ukraiński przywódca ogłosił, że nie podpisze umowy stowarzyszeniowej z UE, był na pewno odbierany w Moskwie jako chwila słodkiego zwycięstwa. Ale ten triumf okazał się krótkotrwały. Nawet jeśli brutalnej policji Janukowycza uda się zamknąć usta opozycji, ukraiński rząd wyjdzie z tego bardzo poraniony – i cała idea Unii Euroazjatyckiej będzie już popękana.

Widmo pomarańczowej rewolucji

[[Putin być może przeliczył się, bo uwierzył temu, co o pomarańczowej rewolucji mówiła jego własna propaganda]]. Jego zdaniem, niewiele miała wspólnego z autentycznym ludowym powstaniem, to było – jak może sądził – wydarzeniem wykreowanym przez zachodnie agencje wywiadowcze, które wykorzystały amerykańskie i unijne organizacje pozarządowe jako swoich narzędzi. Dla Putina, tak zwane kolorowe rewolucje były podwójnie złowieszcze. Po pierwsze groziły wyrwaniem narodów z naturalnej rosyjskiej strefy wpływów i wciągnięciem ich w orbitę Zachodu. Po drugie, mogą służyć jako wzorzec dla podobnych zrywów w samej Rosji. W rzeczy samej, gdy zimą 2011–2012 r. doszło w Rosji do demonstracji przeciwko domniemanym przekrętom wyborczym, Kreml zareagował, rozprawiając się z zachodnimi organizacjami pozarządowymi, które oskarżył o rzekome podburzanie.

Myśl, że masowy bunt może być naprawdę masowy – a nie produktem zakulisowych manipulacji – wydaje się być trudna do pojęcia przez rząd Putina. (W pewnym sensie jest to zaskakujące, gdy się pod uwagę weźmie historię samej Rosji – choć może nie aż nieoczekiwane, gdy ma się w pamięci metodę zamachu stanu w przejęciu władzy przez bolszewików w październiku 1917 r.)

Być może ta właśnie ograniczona i doszukująca się spisków ocena pierwotnych kolorowych rewolucji postawiła Moskwę przed inną przykrą niespodzianką, która wydarzyła się na ulicach Ukrainy, gdzie zwykli ludzie podważyli układy poczynione ponad ich głowami przez przywódców uznanych za skorumpowanych i działających bezprawnie.

Jako [[rosyjski nacjonalista Putin lubi dowodzić, że Rosja jest wyjątkową „cywilizacją”]] – różniącą się od europejskiej. W tej perspektywie walka o Ukrainę jest dla niego nie tylko bojem w sprawie bogactw materialnych lub polityki siły – ale jest wręcz zderzeniem cywilizacji. Pogląd, że ukraińska klasa średnia, przynajmniej w stolicy i bardziej rozwiniętej zachodniej części kraju, czuje się bardziej związana z cywilizacją Warszawy, Berlina i Londynu – raczej niż Moskwy – jest obraźliwy dla rosyjskich nacjonalistów na Kremlu i poza nim.

Jednak w rzeczywistości perspektywa zbliżenia Ukrainy do resztą Europy – i wynikającego stąd postępu gospodarczego przy lepszym zarządzaniu krajem – sprzyjałaby ostatecznie interesom Rosji. Mogłaby służyć jako wzór dla przyszłego rozwoju jej samej. Ale z tego właśnie powodu wydarzenia na Ukrainie bardzo zagrażają osobistym interesom i ideologii prezydenta Putina i jego otoczenia.

Widziane z Moskwy

„Zachód zawsze zerkał w stronę Ukrainy”

Południowy, położony nad Morzem Czarnym, kraj, zamieszkany przez 45 mln ludzi, zawsze był [dla Zachodu] „smakowitym kąskiem”, pisze na łamach Izwiestii Eduard Limonow.

Zachód miał zawsze apetyt na „o wiele większą niż Polska” Ukrainę, pisze dalej ten kontrowersyjny rosyjski pisarz i opozycjonista, który po wielu latach spędzonych w Paryżu i w Nowym Jorku, wrócił na początku nowego wieku do Moskwy, gdzie założył „narodowo-bolszewicką” partię, która miała bronić utraconej wielkości Rosji. „Pamiętacie bitwę nad Połtawą z 1709 r.? Puszkin poświęcił jej swój poemat. Kto wystąpił wtedy przeciwko nam? Szwecja i Polska. Te same kraje, które trzysta lat później dwoją się i troją, żeby znów wciągnąć Ukrainę w orbitę Europy”. Na koniec Limonow zauważa:

Jasno widać, że historia, zadziorna i wojownicza, powtarza się, jak gdyby nic się nie stało, że Zachód zapuszcza się na nasz teren i mimo upływu lat nie stracił nic a nic ze swojej agresywności. Pożera po kolei nasze dawne republiki, rzucając nam nieustannie wyzwanie. Dziś my powinniśmy mu je rzucić.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat