Jeśli wierzyć w obrazek malowany przez polityków, to nowe wsparcie idące w ślad za udzieloną wcześniej pomocą zapewni wreszcie warunki dla niezbędnych reform i wzrostu gospodarczego w krajach na południu Europy. Ale ta wizja przyszłości do złudzenia przypomina wcześniejsze niewykorzystane okazje. Czy ktoś w ogóle wierzy, że europejski kryzys zadłużeniowy mamy już za sobą?

Do tej pory zadowalano się dociskaniem hamulca i leczeniem objawów kryzysu. Wszyscy zaciskają pasa, dobrowolnie albo pod przymusem.

Europejscy przywódcy po raz kolejny zajęli się tym, co potrafią robić najlepiej, czyli znów spróbowali zyskać na czasie. Tyle że teraz zamierzają go wykorzystać, aby pobudzić wzrost gospodarczy, bo to on jest jedynym sposobem wyjścia z kryzysu. A wzrost ten można osiągnąć tylko pod warunkiem, że każdy kraj dołoży wysiłków i da coś z siebie. Europejscy politycy powtarzają jak mantrę to sympatyczne i z pewnością słuszne kredo.

Ale czy jest ono również realistyczne? Czasem można odnieść wrażenie, że klasa polityczna ma nader mgliste pojęcie o tym, jak naprawdę funkcjonuje gospodarka w wielu krajach na wschodzie albo na południu Europy, a za hasłami takimi, jak „reformy” albo „wzrost”, kryją się już tylko płonne nadzieje i zwykłe mrzonki.

Ten dylemat jest szczególnie widoczny na wschodzie Europy. Po upadku reżimu komunistycznego odrzucono tam dawny model gospodarki. Fabryki zostały pozamykane albo splajtowały. Niemal z dnia na dzień wszystkie produkty zostały wyparte przez inne, nowe – od pasty do zębów, przez margarynę, wkładki higieniczne, lodówki i kanapy, aż po samochody.

Dla konsumentów z krajów wschodnich było to prawdziwe błogosławieństwo. W mgnieniu oka przeszli od pustych półek do wielkiej obfitości. Jedynym problemem było to, że nie mieli pieniędzy, aby kupować te zachodnie produkty. Mieszkańcom tych krajów zaproponowano więc zaciągnięcie hojnych kredytów w nowych komercyjnych bankach, które zresztą także przyszły z Zachodu. W rezultacie powstały tam gospodarki, które i dziś jeszcze na ogół niewiele produkują i opierają się na chwiejnym fundamencie zadłużenia.

Duża część południowej Europy znajduje się w podobnej sytuacji. Mała produkcja, znikomy eksport, wysokie zadłużenie. Na południu kontynentu wprowadzenie euro miało paradoksalnie podobne skutki, co upadek muru berlińskiego. Po raz pierwszy kraje te zyskały dostęp do „prawdziwych” kredytów finansowych – w dodatku tak tanich, jak gdyby Peloponez czy Estremadura leżały gdzieś w Nadrenii albo sąsiadowały z Bawarią.

Taka okazja nadarza się najpewniej tylko raz w życiu. Przez blisko dekadę Europę Południową zalewał potop kredytów. Te pieniądze mogły umożliwić stworzenie podwalin samowystarczalnego wzrostu gospodarczego – gdyby tylko zainwestowano je w infrastrukturę, przebudowę aparatu państwowego, uzdrowienie całych sektorów przemysłu albo w edukację. Zamiast tego wyrzucono je przez okno.

Obecnie, gdy dociera tam nowe wsparcie, słyszymy zapewnienia, że pieniądze te pozwolą stworzyć warunki dla wprowadzenia niezbędnych reformom i zapewnienia wzrostu gospodarczego w krajach na południu Europy. A przecież już zmarnowaliśmy podobną okazję; ona już nas ominęła. Wizja przyszłości, jaką malują dla nas europejscy przywódcy, jako żywo przypomina tę niegdysiejszą straconą szansę.

Ludzie stwarzają sobie dużo więcej problemów aniżeli rozwiązań. Olof Palme mawiał, że rozwiązywanie problemów – a więc polityka – jest kwestią woli. Zdaniem Karola Marksa rozwiązywanie polega na uświadomieniu sobie tego, co jest konieczne. Niech i tak będzie. Żadne z tych dwóch podejść nie zaszkodzi. Ale to bez wątpienia Bismarck okazał się najbardziej przenikliwy, deklarując, że polityka jest „sztuką tego, co możliwe”.

Co za tym idzie, należy szukać takich rozwiązań, które w praktyce da się przeprowadzić. Bo nawet mierny ekonomista albo polityk jest w stanie wymyślić cudowną receptę na gospodarcze problemy Grecji, ale szanse na to, że zostanie ona zaakceptowana, są równie niewielkie, jak i na to, że w Atenach podadzą wam kawę po turecku.

Pozostaje pytanie, z czego część europejskich krajów będzie żyć w przyszłości, w tym naszym zglobalizowanym świecie. Nie wydaje się, aby ktoś miał na to odpowiedź. Wiadomo jedynie, że trzeba będzie radykalnie zmienić styl życia oraz że to Chiny, dużo bardziej niż Niemcy, są powodem tej sytuacji.