Pozytywna opinia w sprawie niepodległości Kosowa wydana przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości ożywia kwestię tych europejskich regionów, które mają mocną tożsamość. 24 lipca Rumun Laszlo Tökes, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, upomniał się o autonomię dla Siedmiogrodu. Tymczasem w Brukseli interesy jednostek terytorialnych z całego kontynentu reprezentuje ponad trzysta biur.

Nie wiem, czy dawna siedziba Instytutu Pasteura w Brukseli z czymś się wam kojarzy. Pewnie nie. Ten niewielki pałacyk usytuowany w pobliżu dzielnicy europejskiej nie jest opisywany w przewodnikach po belgijskiej stolicy. Ala ta budowla jest ważna, tyle że akurat nie dla turystów. Obecnie mieści się w niej przedstawicielstwo Bawarii – czy też Wolnego Państwa Bawarii zgodnie z jego oficjalną nazwą – przy Unii Europejskiej.

Czym zajmuje się to przedstawicielstwo od czasu jego utworzenia w 1994 roku? Ano reprezentuje interesy Bawarczyków na forum instytucji europejskich, bez względu na to, czy chodzi tu o producentów samochodów, takich jak BMW, czy o hodowców bydła.

Nie ma w tym niczego wyjątkowego, w Brukseli to reguła. Jest tu ponad trzysta takich przedstawicielstw, prawdziwych ambasad różnych europejskich regionów – od Szkocji po Katalonię i od Wenecji po Kraj Zadunajski na Węgrzech. W różnoraki sposób działają tu na korzyść swoich ziomków. A to z kolei przekłada się na lepsze życie dla mieszkańców. Bruksela jest największym stołem negocjacyjnym na świecie. „Myśleć globalnie, działać lokalnie” to jeden z przepisów na sukces w dzisiejszym świecie.

My jesteśmy daleko od tej gry, choć nieśmiało pojawiło się tam parę dyskretnych biur – przedstawicielstw obszarów rozwoju. Ale brak im czegoś istotnego – motywacji. Brakuje im tego lokalnego patriotyzmu, który skłania właściciela pokoi gościnnych w Garmisch-Partenkirchen do mówienia z dumą o sobie, że jest przede wszystkim Bawarczykiem.

My, Rumuni, dysponujemy w stolicy Europy zaledwie garstką urzędników reprezentujących kilka powiatów odziedziczonych po epoce Ceausescu, a dziś złączonych ze sobą, by stworzyć jeden spośród tak zwanych obszarów rozwoju, których granice arbitralnie wytyczyli politycy. Niestety, głupi narodowy kompleks przeszkadza nam przyznać, że wciąż mamy regiony o silnej tożsamości.

Niestety, negatywnym skutkiem opinii haskiego trybunału w sprawie niepodległości państwa Kosowo będzie u nas odłożenie uczciwej debaty na jeszcze późniejsze czasy. Jak również nasilenie histerii. Już teraz widzimy, jak europoseł [i wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego] László Tökes i prezydent Trajan Băsescu przekomarzają się w populistycznym tonie w sprawie autonomii Siedmiogrodu [rumuńskiego regionu zamieszkanego w większości przez ludność węgierskojęzyczną], czemu z ironicznym, a może pełnym satysfakcji, uśmieszkiem przygląda się węgierski premier Viktor Orban [wszyscy trzej uczestniczyli 24 lipca na konferencji poświęconej Europie Środkowej]. A tymczasem w setkach przedstawicielstw regionalnych w Brukseli wre ciężka praca przynosząca widoczne rezultaty.