Unia Europejska od dawna cierpiała na kryzys wiarygodności, lecz sprawę pogorszył inny kryzys, ten, który dotknął euro. Nie istnieje cudowna recepta na to, by Unia zdobyła szacunek, podziw czy choćby popularność wśród Europejczyków. Jej instytucje są geograficznie odległe, przemawiają niezrozumiałym językiem, a sprawy, którymi się zajmują, to często skomplikowane technikalia.

Jeżeli unijni przywódcy nie zyskają większej wiarygodności i legitymizacji w oczach wyborców, Unia może zacząć erodować. W którymś momencie, na przykład, rządy państw strefy euro mogą zechcieć wzmocnić wspólną walutę poprzez podjęcie zdecydowanych kroków na rzecz ściślejszej integracji polityki gospodarczej. Kroki takie mogą jednak zostać zablokowane – ze szkodą dla przyszłości euro – przez parlament narodowy, wynik wyborów generalnych czy ogólnokrajowe referendum.

Kryzys wiarygodności

Instytucje polityczne zyskują wiarygodność „na wejściu”, czyli dzięki wyborom, przez które są rozliczane, oraz „na wyjściu”, dzięki decyzjom, które podejmują. Kryzys euro osłabił oba rodzaje wiarygodności. „Na wyjściu” sytuacja jest nie do pozazdroszczenia. Większość państw unijnych notuje dziś ujemny wzrost gospodarczy, bezrobocie w strefie euro sięga 12 procent, a bezrobocie wśród młodych ludzi w Hiszpanii i Grecji przekracza 50 procent. Wielu obywateli nie wierzy, by Unia i euro dawały im jakieś namacalne korzyści.

Legitymizacja „na wejściu” też szwankuje. Skomplikowany proces podejmowania decyzji i podział władzy pomiędzy wiele instytucji oznacza, że tak naprawdę nie wiadomo, kto jest za co odpowiedzialny. Jednak powszechne poczucie deficytu demokracji staje się dla zadłużonych krajów strefy euro coraz większym problemem.

Niepochodząca z demokratycznych wyborów „trójka” – Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy – zmusiła parlamenty narodowe do przeprowadzenia cięć budżetowych i reform strukturalnych. Kluczowe decyzje na temat publicznego wsparcia dla zagrożonych banków i instytucji finansowych podejmowane są przez ministrów finansów i premierów w trakcie unijnych szczytów.

Unia, stymulacja, reformy

Co zatem można zrobić, by poprawić wiarygodność Unii? Europejscy przywódcy powinni przyspieszyć prace nad stworzeniem unii bankowej, by wzmocnić system finansowy; Niemcy powinny stymulować popyt, wspierając w ten sposób powrót zadłużonych gospodarek Południa na ścieżkę wzrostu; konieczne są reformy strukturalne, by kraje te odzyskały konkurencyjność. Bezrobocie zacznie spadać, postrzeganie Unii i jej przywódców poprawi się, a społeczne poparcie dla eurosceptyków i populistów osłabnie.

Jednak unijni przywódcy muszą też sprawić, by system władzy stał się bardziej wiarygodny. Dla wielu eurodeputowanych sprawa jest prosta – demokratyczną kontrolę w zakresie decyzji podejmowanych na poziomie unijnym powinien sprawować Parlament Europejski. A jeżeli na poziomie unijnym podejmuje się coraz więcej decyzji, to – jak uważają – Parlament powinien zyskać szersze prerogatywy.

Jednak pomimo przypadków udanej pracy legislacyjnej Parlament Europejski nie zdołał dotąd przekonać rzesz wyborców, że reprezentuje ich interesy. Wielu eurodeputowanych jest mocno oderwanych od krajowej polityki. Sam Parlament zaś zdaje się często zajmować głównie poszerzaniem własnej władzy; nieodmiennie opowiada się za większym budżetem unijnym i większą rolą UE, lecz niewiele wskazuje na to, by wyborcy myśleli podobnie.

Podczas gdy prerogatywy Parlamentu rosną nieprzerwanie od pierwszych bezpośrednich wyborów w 1979 r., frekwencja wyborcza nieustannie spada (od 63 procent w 1979 do 43 procent w 2009 r.). Kolejny powód, dla którego Parlament Europejski nie może być główną instytucją kontrolującą unijny proces decyzyjny jest fakt, że większość środków na programy pomocowe dla zadłużonych krajów strefy euro pochodzi z budżetów krajowych, a nie z budżetu unijnego.

Nowa rola parlamentów narodowych

Co prawda decyzje dotyczące uruchomienia tych programów i warunki, którymi są obwarowane, ustalane są na poziomie unijnym przez premierów lub ministrów finansów, lecz decyzje te muszą być następne przekute na konkretne rozwiązania legislacyjne przez parlamenty narodowe, co oznacza, że odgrywają one kluczową rolę zarówno w państwach pomagających, jak i wymagających pomocy. Niemiecki Bundestag musiał zaaprobować pomoc dla Cypru, a parlament cypryjski głosować za reformą cypryjskiego systemu bankowego.

Istnieją powody, by mocniej włączyć parlamenty krajowe w unijny system podejmowania decyzji. W ostatnich latach powstało kilka ciał „międzyparlamentarnych”, stanowiących forum współpracy posłów krajowych z parlamentarzystami europejskimi, zaś obecny pakt fiskalny ustanowił „konferencję” do spraw polityki ekonomicznej, w skład której wchodzą członkowie parlamentów krajowych i Parlamentu Europejskiego. Jednak te ciała – chociaż użyteczne – pełnią jedynie rolę pomocniczą i nie dają posłom krajowym wystarczających prerogatyw na poziomie unijnym.

Członkowie parlamentów krajowych mogliby poprawić wiarygodność Unii na dwa sposoby. Po pierwsze, potrzebne są silniejsze więzy pomiędzy parlamentami poszczególnych krajów. Traktat lizboński wprowadził procedurę „żółtej kartki”, polega to na tym, że jeżeli co najmniej jedna trzecia parlamentów państw członkowskich uważa, iż legislacyjna propozycja Komisji łamie zasadę subsydiarności – która wymaga, by decyzje podejmowane były na najniższym możliwym szczeblu – mogą wnieść o jej wycofanie.

Czerwona kartka dla Komisji

Komisja musi wtedy wycofać propozycję albo uzasadnić dalsze prace nad nią. Procedura ta – dotąd zastosowana w jednym przypadku – mogłaby stać się procedurą „czerwonej kartki”, pozwalającą parlamentom państw członkowskich zmuszać Komisję do wycofania kontrowersyjnej inicjatywy legislacyjnej.

Fakt, że pomysł ten popierany jest przez ministra spraw zagranicznych Williama Hague’a – podobnie zresztą jak przez jego odpowiednika w gabinecie cieni, Douglasa Alexandra – nie oznacza, że nie powinniśmy go rozważyć. Podobny system mógłby umożliwiać parlamentom narodowym wnioskowanie do Komisji o wycofanie nieżyciowych przepisów.

Po drugie, w Brukseli powinno powstać krajowe forum parlamentarne. Nie po to, by dublować pracę Komisji, lecz by zadawać pytania i pisać raporty na temat podejmowanych anonimowo decyzji dotyczących polityki UE i strefy euro. Forum takie mogłoby monitorować pracę Rady Europejskiej i kwestionować decyzje dotyczące na przykład polityki zagranicznej i obronnej albo bezpieczeństwa i walki z terroryzmem.

W sprawach dotyczących strefy euro forum mogłoby zbierać się w mniejszym składzie, bez posłów z krajów spoza strefy, by głosować nad pakietami pomocowymi. Mogłoby również przesłuchiwać – a być może nawet powoływać – prezydenta strefy euro. W dłuższym okresie posłowie parlamentów narodowych będą musieli mocniej włączyć się w unijny proces decyzyjny, bowiem gwarantują oni wiarygodność, której eurodeputowanym czasem brakuje.