Kiedy to ostatnio widzieliśmy, aby manifestanci wymachiwali z takim zapałem ugwieżdżoną flagą Unii Europejskiej? W latach 50. minionego stulecia na granicy francusko-niemieckiej? Między 1989 i 1991 r. w czasie tzw. aksamitnej rewolucji od Bukaresztu po Tallin? Znowu ją było ostatnio widać na manifestacjach organizowanych na Ukrainie i kilka tygodni temu w Republice Mołdawii.

„Europa” kojarzy się tam jeszcze z nadzieją. Czy też, ujmując rzecz dokładniej, z dobrobytem, bezpieczeństwem i wolnością. Trzy wartości bliskie każdemu człowiekowi.O ile manifestacje w Mołdawii wskazywały na wiarę w lepszą przyszłość, na Ukrainie były one przepełnione smutkiem i goryczą. W piątek, z okazji szczytu organizowanego na Litwie – bo to ona obecnie przewodniczy Wspólnocie – UE dokona bilansu projektu, który, jak dotychczas, wiązał się tylko z obietnicami, a nie z konkretnymi działaniami, mowa o Partnerstwie Wschodnim.

Partnerstwo zawiedzionych nadziei

Miało ono zbliżyć wschodnich sąsiadów do Europy i UE. Rosja natychmiast stwierdziła, że taki scenariusz jest dla niej nie do przyjęcia. Spośród kaukaskich republik Azerbejdżan, kraj bogaty w zasoby naturalne, ale w którym obowiązuje autorytarny reżim, zdystansował się wobec tego projektu, a za nim poszła uzależniona od Rosji Armenia i Białoruś, która jest pod jarzmem dyktatury.

UE wynegocjowała umowy o stowarzyszeniu z pozostałym trzema krajami – Ukrainą, Gruzją i Mołdawią. Są to ambitne dokumenty przewidujące harmonizację prawną (ustawodawstwa tych państw miałyby się bardziej zbliżyć do tego UE) oraz wzmocnienie demokracji i gospodarki rynkowej, ale także zaprowadzenie w kolejnych sektorach wolnego handlu i zmniejszenie cła na produkty z innych branż. Czy można odrzucić taki projekt? Oczywiście, jest to bardzo łatwa sztuka. Raz jeszcze mogliśmy się przekonać o prawdzie zawartej w ludowym porzekadle: „Nikt nie może żyć w spokoju, jeżeli nie podoba się to jego sąsiadowi”.

Dobrobyt, bezpieczeństwo i wolność u sąsiadów – wystarczy to, aby rozgniewać Rosję

Dobrobyt, bezpieczeństwo i wolność u sąsiadów – wystarczy to, aby rozgniewać Rosję, która ma mocarstwowe zapędy, od kiedy Władimir Putin doszedł do władzy. Prosty człowiek szukający wytłumaczenia powołać się może na rosyjskie przysłowie: „Kiedy dwaj chłopi mieszkają obok siebie, jeden ma krowę, drugi jej nie ma, to czego chce ten biedniejszy? Aby krowa tego bogatszego zdechła”. Rosja chce zapobiec sytuacji, w której w jej sąsiedztwie pojawi się konkurencyjny model społeczeństwa i państwa, albo wręcz – o zgrozo! – społeczeństwo obywatelskie świadome swojej siły.

Najwyraźniej Władimir Putin umiejętnie posłużył się marchewką i kijem z prezydentem Ukrainy, Wiktorem Janukowyczem, podczas ich dwóch spotkań, do których doszło w małym odstępie czasu. Unia Europejska z kolei może uznać, że przegrała walkę, w zeszły wtorek Ukraina – która, nawiasem mówiąc, jest największym krajem mieszczącym się tylko w Europie – zrezygnowała z umowy stowarzyszeniowej z UE.

Potrzebny jednoznaczny sygnał

Może się to wydawać paradoksalne, ale w najbliższych miesiącach UE będzie musiała udowodnić, że jest w stanie określić konkretną politykę wobec swoich wschodnich sąsiadów, jakimi są Mołdawia i Gruzja. Czy powinniśmy w związku z tym zrewidować swoje plany? Oba kraje chcą parafować umowę o stowarzyszeniu z UE w Wilnie, co byłoby ostatnim etapem przed podpisaniem.

Jeszcze nigdy europejscy politycy nie odegrali tak ważnej roli w utworzeniu proeuropejskiego rządu niż teraz w Mołdawii. Ale za sześć miesięcy odbędą się eurowybory, a pół roku później dojdzie do wyborów w Mołdawii. A jeżeli UE nie będzie już zależało na tym kraju i jeżeli nie wyśle jednoznacznego sygnału Mołdawianom, na przykład zwalniając ich z obowiązku wizowego, komuniści mogliby wygrać te wybory.

Oba kraje muszą się zmagać ze „wstrzymanym, lecz nierozwiązanym” konfliktem, Gruzja dlatego, że rosyjskie wojska zajmują jedną trzecią jej terytorium, Mołdawia ze względu na separatystów popieranych przez Rosję, którzy rządzą państwem w państwie w części kraju. Nie powinno się to jednak przyczynić do zawrócenia nurtu historii, da się oczywiście ustabilizować oba kraje i je zbliżyć do UE.

Nie ma mowy jeszcze o perspektywie członkostwa, ale o stosunkach handlowych i o zmianach. Liczy się teraz to, co da się zrobić i co jest ważne w tej właśnie chwili. Zapomnieliśmy prawie, że Cypr, państwo członkowskie UE, zostało podzielone i że ten stan rzeczy trwa po dziś dzień.

Drugą opcją jest powstanie nowego imperium wokół Rosji. Różniłoby się ono jednak wyraźnie od Związku Radzieckiego. Wtedy Moskwa musiała zapewnić lepszą stopę życiową republikom na peryferiach niż własnym obywatelom, aby panował tam spokój. Teraz sytuacja wyglądałaby inaczej – nowe satelity stanowiły niespójną, niestabilną i biedną strefę, z której zaczęłyby wyjeżdżać miliony nielegalnych imigrantów budujących nowe biurowce od Madrytu po Moskwę. I prędzej czy później kobiety pozostałe w domach wyrzuciłyby stare europejskie flagi w wyblakłych barwach…