Dyskusja, która rozgorzała w Zjednoczonym Królestwie, a to obok Francji największa potęga militarna między Uralem a Półwyspem Iberyjskim , dotyka istotnego pytania, jak silna pod względem militarnym jest Europa?

Jak ma się jej potencjał do ambicji odgrywania ważnej roli na globalnej scenie? Jednoznaczne odpowiedzi na te pytania znaleźć można w statystykach wydatków na cele wojskowe. Podczas gdy w ostatniej dekadzie wielkie potęgi światowe w bardzo wyraźny sposób zwiększały nakłady na zbrojenia, Europa przez ostatnie dziesięciolecie stała w miejscu, jej wydatki wciąż są takie same. W rezultacie potencjał militarny Starego Kontynentu szybko topnieje.

Liczby, przedstawione przez renomowany Sztokholmski Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem(SIPRI), nie kłamią. W latach 1999-2008 Chiny zwiększyły realne wydatki na cele wojskowe o 194 proc., Rosja o 173 proc., USA o 66 proc., a Indie o 44 proc. Dla porównania wzrost nakładów w tym samym okresie wyniósł we Francji 3 proc., we Włoszech 0,4 proc., a w Niemczech 11 proc. Zjednoczone Królestwo wydało na zbrojenia o 20 proc. więcej, ale było to spowodowane zaangażowaniem tego kraju w wojny w Iraku i Afganistanie. W całej Europie nakłady na zbrojenia wzrosły w okresie 1999-2008 średnio o 5 proc.

„Wydatki na wojsko – tłumaczy ekspert SIPRI Samuel Perlo-Freeman – zależą przede wszystkim od trzech czynników: zaangażowania w konflikty zbrojne, czego przykładem są Stany Zjednoczone, ambicji, aby być światową potęgą (Chiny lub Rosja), oraz szybkiego wzrostu gospodarczego, który zapewnia środki finansowe na zbrojenia. Europa nie mieści się w żadnej z tych trzech kategorii. Priorytety tutaj przyjęte nie przewidują konieczności rozbudowy potencjału militarnego”.

A zatem wpływ Europy na sprawy świata sprowadza się raczej do tzw. soft power (miękkiej siły) wynikającej z możliwości gospodarczych, handlowych i kulturalnych, z atrakcyjnego połączenia wolnego rynku i opieki społecznej. I choć wielu to odpowiada, zdania w tej kwestii są podzielone. Fakty mówią o zaciekłym współzawodnictwie, dużo mniej szlachetnym, niż się to wydaje zwolennikom „soft power”. W dzisiejszym świecie nadal liczy się brutalna siła, od czasów słynnego pytania Stalina, „A ile dywizji ma papież?”, nie za wiele się zmieniło.

„Europa nie nadąża już za wzrostem nakładów na zbrojenia innych”, mówi Yves Boyer dyrektor paryskiej Fondation pour la Recherche Stratégique (Fundacji Badań Strategicznych). „Jeśli nie chcemy, jej upadku, rządy poszczególnych krajów muszą zapewnić odpowiednie środki nie tylko w sektorze przemysłowym, w kulturze czy dyplomacji, ale również w dziedzinie wojskowości. Rządy mają prawo działać w strategicznym interesie kraju, nawet jeśli będzie to wbrew opinii publicznej”.

Nic jednak nie wskazuje na to, by w budżetach planowanych na następne lata tendencja, panująca w ostatniej dekadzie, miała się odwrócić. Światowy kryzys gospodarczy dodatkowo ogranicza pole manewru. „Mimo spadku nakładów – podkreśla Boyer – Europa zdołała utrzymać przewagę na polu produkcji [uzbrojenia]. Ale żeby ją utrzymać też potrzebne są pieniądze. Dlatego obecny trend jest tak niebezpieczny”.

Wyzwania, przed jakim stajemy, i związane z nim trudności, są ogromne. Na wyobraźnię działa takie oto zestawienie: pięć największych potęg militarnych kontynentu, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Włochy i Hiszpania, o podobnej jak Stany Zjednoczone populacji i niewiele mniejszym PKB, razem wzięte wydają na zbrojenia 40 proc. tego co Ameryka.

Choć zarazem wydaje się oczywiste, że o europejskich nakładach na wojsko znacznie częściej decyduje zwykła arytmetyka niż polityka. Mimo że dojście do władzy Sarkozy’ego, i jego zbliżenie do NATO oraz Stanów Zjednoczonych, powinno ułatwić prace nad rozwojem wspólnej europejskiej strategii obronnej, na razie nie doszło do znaczącego przełomu. Wysiłek zbrojny Starego Kontynentu pozostaje nieskoordynowany i rozproszony. Tymczasem na horyzoncie rysują się kolejne, coraz lepiej uzbrojone państwa.