Aktualności Wybory europejskie 2014

Martin Schulz, kolejny Niemiec Europy

Przewodniczący Parlamentu Europejskiego próbuje podnieść rangę zarządzanej przez siebie instytucji i bawi się w pośrednika między przywódcami UE. Jaki będzie jego następny krok? Kandydowanie na szefa Komisji Europejskiej po wyborach w 2014 r. Ale to nie będzie takie proste.

Opublikowano w dniu 14 maja 2013 o 15:50

W „Parlamentarium”, bajeranckim centrum dla zwiedzających w Parlamencie Europejskim, na wystawie znajdują się nagrania wideo oraz przedmioty pozostawione przez czołowych europarlamentarzystów. Martin Schulz, przewodniczący Parlamentu, położył tam kawałek kamienia – element niskiego muru, jaki oddzielał niegdyś Niemcy od Holandii. „Mur już nie istnieje, a to dzięki Unii Europejskiej”, twierdzi Schulz. Unia Europejska nie może, tak jak NATO, przypisywać sobie zasług w obaleniu muru berlińskiego, ale może pochwalić się usunięciem barier w swoim wnętrzu.
Według Schulza Europejczycy nie bez racji troszczą się o odrębność każdego narodu, ale by ją chronić, muszą się bardziej zjednoczyć. Miejscem do toczenia debat na temat ich przyszłości ma być właśnie Parlament. Iluzję tę rozwiewa Nigel Farage, przywódca Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa. „Jest to jedyny parlament na świecie, który nie może sam inicjować procesów legislacyjnych”, słyszymy w jego nagraniu wideo. Parlament to według Farage’a „najmniej znacząca” z trzech wielkich instytucji unijnych. W Unii, gdzie szefów jest wielu, przewodniczenie Parlamentowi liczy się mniej niż przewodniczenie Komisji Europejskiej (służbie cywilnej UE) czy Radzie Europejskiej (reprezentującej 27 rządów).

Jaki kształt Europy?

Krytycy Unii Europejskiej stają się coraz głośni, a ich liczba może jeszcze wzrosnąć po wyborach europejskich w maju przyszłego roku. Europę obarcza się winą za kryzys gospodarczy oraz niepożądaną imigrację. Zaufanie do instytucji unijnych jeszcze nigdy nie było tak niskie. Obywatele czują, że nie mają żadnego wpływu na podejmowane w Brukseli decyzje. Frekwencja wyborcza spada nieprzerwanie od 1979 r. podczas każdych wyborów do europarlamentu.

W odpowiedzi Martin Schulz upiera się przy politycznym eksperymencie, który przekształciłby wybory w ogólnoeuropejski konkurs. Grupy polityczne nominowałyby swoich kandydatów na przewodniczącego Komisji Europejskiej, którzy następnie rozprawialiby się ze sobą w kampanii wyborczej i na ekranach telewizorów. Tajemnicą poliszynela jest to, że Schulz, niemiecki socjaldemokrata, sam chciałby dostać to stanowisko. Człowiek, który zbudował swoją karierę, będąc solą w oku przywódców europejskich, może odgrywać jeszcze ważniejszą rolę przy tworzeniu ich programów politycznych.
Naśladowanie wyborów krajowych i czynienie z przywódcy zwycięskiej partii „premiera” odwróci, jak ma nadzieję Schulz, uwagę wyborców od wewnętrznych problemów. Chciałby on także zakończyć debatę, w której jedynym argumentem jest jałowe „tak” albo „nie” dla Unii, i zająć się rozmową na temat jej kształtu. Przy zmienionej formie wyborów zwolennikom Farage’a trudniej byłoby ponadto oskarżać Komisję o „niewybieralność” jej członków.

Zadziorny i impulsywny

Niegdyś niestroniący od alkoholu, a dziś zachowujący abstynencję właściciel księgarni – Martin Schulz – wspiął się po szczeblach kariery od polityka samorządowego po członka Parlamentu Europejskiego, w którym został przewodniczącym głównej europejskiej centrolewicowej Grupy Socjalistów i Demokratów. Poza Brukselą znany jest głównie ze starcia z włoskim premierem Silvio Berlusconim, który – użądlony krytyką – powiedział Schulzowi w 2003 r., że ten świetnie pasowałby do roli kapo w nazistowskim obozie koncentracyjnym.

Nawet zwolennicy Schulza przyznają, że bywa on zadziorny i impulsywny. Udało mu się jednak zrobić na Amerykanach wrażenie mądrego polityka, który próbuje uczynić z Parlamentu Europejskiego coś na wzór Kongresu. Mimo że Schulz krytykuje działania oszczędnościowe Angeli Merkel, z przyjemnością odgrywa rolę mediatora między kanclerz Niemiec a prezydentem Francji François Hollande’em. Nawet tak naturalny wróg Schulza, jakim jest premier Wielkiej Brytanii David Cameron, twierdzi ponoć, że komentarze przewodniczącego Parlamentu otwierające unijne szczyty są dosyć zabawne. Mimo to taktyka prężenia muskułów i nabijania punktów przez Parlament Europejski, który wstrzymuje kompromis dotyczący unijnego budżetu na kolejne siedem lat, ukróca premie bankierów i popiera podatek od transakcji finansowych, musi doprowadzać wiele głów państw do szału.

Więcej demokracji, nowe problemy

Najbardziej ambitnym zagraniem Parlamentu jest próba doprowadzenia do wybierania przezeń Komisji. Do tej pory wszelkich rozstrzygnięć w tej mierze dokonywali przywódcy europejscy, co potem zatwierdzali europarlamentarzyści. Hasło „więcej demokracji” może i jest godne pochwały, ale powoduje nowe problemy. Europa nie jest państwem jednego narodu. Debaty – zamiast stać się elektryzującym starciem tytanów – mogłyby przerodzić się w bełkot żargonów bliżej nieznanych postaci. Odejście od wyznaczania przewodniczącego i wprowadzenie wyborów faworyzowałoby tych, którzy zaistnieli już w Brukseli, na przykład Schulza, a zniechęcało premierów, którzy baliby się ryzykować utratą stanowiska. Bardziej upolityczniony przewodniczący miałby natomiast dług wdzięczności wobec Parlamentu i wątpliwe, czy reprezentowałby interesy wszystkich krajów UE.

W każdym razie wybory pośrednie nie przyczyniłyby się zbytnio do rozwiania mgły zawiłości. Komisję zalałoby 26 kandydatur ze strony rządów. Ich propozycje musiałaby zatwierdzić Rada Ministrów (reprezentująca rządy krajowe, zazwyczaj za zamkniętymi drzwiami), a także Parlament. Parlament nie ma nic do powiedzenia w kwestii polityki gospodarczej. Jak ujął to Pierre Kroll, belgijski rysownik, „Możemy pogrzebać demokrację, jeśli ludzie nie będą z niej nic rozumieć. Kto tak naprawdę kontroluje budżet mojego kraju?”.

Martin Schulz zręcznie manewruje, by wepchnąć się na samą górę. Aby odniósł sukces, musiałoby mu jednak sprzyjać wiele gwiazd. Europejscy Socjaliści zmuszeni byliby pokonać centroprawicową Europejską Partię Ludową, a przynajmniej się z nią zrównać. Jeśli Angela Merkel pozostanie na stanowisku kanclerza po jesiennych wyborach w Niemczech, a Socjaldemokraci będą chcieli mieć wpływ na jej wybór, będą musieli dołączyć do dużej koalicji. A nawet gdyby Merkel wybrała Schulza, czy inni przywódcy, obawiający się „niemieckiej Europy”, pozwoliliby Niemcowi na przewodzenie Komisji?

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat