Przykro mi, Panowie, ale mam pilniejsze sprawy. Prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama oddaje głos prezydentowi Francji Nicolasowi Sarkozy'emu (po lewej) i premierowi Wlk. Brytanii Gordonowi Brownowi na szczycie G20, Pittsburgh, 2009. (AFP)

Nowy porządek świata

Ameryka w coraz mniejszym stopniu angażuje się w sprawy europejskie, wpływy rosyjskie są w najlepszym wypadku niepewne. Mary Dejevski zastanawia się na łamach brytyjskiego dziennika The Independent, czy ten nowy układ geopolityczny nie jest przypadkiem powrotem do starych czasów.

Opublikowano w dniu 20 października 2009 o 16:42
Przykro mi, Panowie, ale mam pilniejsze sprawy. Prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama oddaje głos prezydentowi Francji Nicolasowi Sarkozy'emu (po lewej) i premierowi Wlk. Brytanii Gordonowi Brownowi na szczycie G20, Pittsburgh, 2009. (AFP)

Dwadzieścia lat temu demokratyczna rewolucja w krajach Europy Środkowej i Wschodniej doprowadziła do wycofania się potężnego mocarstwa z całego kontynentu ‒ po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej. Setki tysięcy radzieckich żołnierzy powróciły do domu. A po upadku Związku Radzieckiego wróciło ich jeszcze więcej. I choć na Kremlu nie ucichła zupełnie tęsknota za imperium, musi on dostosować się do nowej sytuacji. Sfera jego wpływów jest tylko cieniem tego, czym była w przeszłości.

Pewien rozdział historii został zamknięty. Ale zastanawiam się, czy teraz nie jesteśmy świadkami wycofania się z Europy drugiego wielkiego zwycięzcy ‒ Stanów Zjednoczonych. Oczywiście tym razem nie mamy do czynienia oddającą pole potęgą militarną czy imperialną. Amerykańskie oddziały miały odmienne zadania, a poza tym ich ustępstwo nie zostało wymuszone. Wynika raczej z braku zainteresowania. Ameryka Obamy ma inne problemy. Czy istotnie dobiega kresu era wpływów Waszyngtonu w Europie? A jeśli tak, to co to właściwie znaczy?

Tureckie frustracje na drodze do Unii

Zadaję te pytania po weekendzie spędzonym w Stambule na corocznej konferencji „Spotkania nad Bosforem” organizowanej przez British Council, Komisję Europejską i turecką fundację TESEV. Dla Unii Europejskiej takie spotkanie to szansa na wysondowanie naszych, czasami nie najlepszych, stosunków z Turcją. Dla gospodarzy natomiast dobra okazja, by wyładować frustrację, którą funduje im Bruksela mnożąc przeszkody na drodze do Unii. W stosunku do 2007 r., kiedy to ostatnio uczestniczyłam w konferencji, zaszły dwie wyraźne zmiany. Pierwsza to nowe zainteresowanie Turcji światem zewnętrznym – i to wcale nie Europą. Druga ‒ temat Stanów Zjednoczonych w ogóle się nie pojawiał.

Newsletter w języku polskim

Stany Zjednoczone, których kolejni prezydenci działali na nerwy Brukseli, naciskając, by Turcję przyjąć do Unii Europejskiej jak najszybciej, tym razem nie były traktowane jako partner – przez żadną ze stron. Przynajmniej nie w tej dyskusji. Amerykańskie poparcie, jak zasugerował delegat z Turcji, niczego jego krajowi nie dawało. Jeśli Turcja chce się znaleźć w Unii, sama musi walczyć we własnej sprawie.

W poszukiwaniu nowych przyjaźni

Europejczycy – nawet ci „nowi”, którzy byli tak entuzjastycznymi sojusznikami USA – także nie wspomnieli słowem o Ameryce i jej prezydencie. Tak więc przyjęcie Turcji do Unii Europejskiej jest teraz kwestią (jak zawsze być powinno) jedynie dwóch negocjujących stron. Całkowicie zgadza się to z doktryną Obamy, według której kraje powinny same decydować o własnych sojuszach i załatwiać nieporozumienia pomiędzy sobą.

Tu właśnie wpasowuje się nowa polityka zagraniczna Turcji. Dwa lata temu Unia Europejska martwiła się, czy nowo wybrany rząd turecki, zdominowany przez członków AKP nie odwróci się od laickiego sposobu sprawowania władzy. Tureccy politycy wszystkich opcji zajęli się konstytucją. Teraz rząd ma ustaloną pozycję i przybrał nowy kierunek, ale nie taki, jakiego niektórzy się obawiali.

Turcja nawiązuje kontakty ze swymi najbliższymi sąsiadami. W zeszłym miesiącu premierzy Turcji i Armenii jak najlepsi przyjaciele siedzieli koło siebie podczas meczu piłki nożnej, a obydwa kraje – po wymianie wielu uprzejmości – podpisały porozumienie o otwarciu granic. Pomiędzy Turcją i Syrią odbywa się ruch bezwizowy. Trwają rozmowy na temat Cypru. Stosunki z Izraelem uległy tymczasem gwałtownemu pogorszeniu, bo głos Ankary zabrzmiał wśród tych najbardziej stanowczo potępiających inwazję w Gazie.

Odrodzenie starych sojuszy

Można oczywiście postrzegać to i tak, że te wszystkie kroki mają związek zabiegami o przyjęcie do Unii. Ale można też interpretować je jako turecką próbę nawiązania jak najlepszych kontaktów z sąsiadami. Być może Turcja zadaje sobie dziś pytanie, co lepiej służy jej interesom narodowym – błaganie o przyjęcie do Wspólnoty, czy ustalenie własnej pozycji regionalnego mocarstwa. Przy zmianach zachodzących na Bliskim Wschodzie, na Kaukazie i w Azji Środkowej, zdecydowanie jest o co grać.

Ta sytuacja ma w sobie coś znajomego. Czy cały ten region nie przypomina dziś imperium osmańskiego w jego przedśmiertnych drgawkach? Stany Zjednoczone zostawiają Europę samej sobie. Czy jest zatem możliwe, że zamiast tworzenia nowego porządku odnowią się stare sojusze?

Jeśli tak, to pierwszą i najważniejszą kwestią dla rządów jest rozpoznanie i uświadomienie sobie, do czego to wszystko zmierza. Drugą zaś zadeklarowanie, że poradzą sobie ze spornymi terytoriami granicznymi w sposób bardziej pokojowy, z większym wyczuciem i wyobraźnią niż poprzednim razem.

Dyplomacja

Czy Europa traci Turcję?

Turcja zabiegająca o to, aby jej głos był słyszalny „na styku Europy, Orientu i Azji”, wykazuje coraz większą aktywność dyplomatyczną, podkreśla Le Monde. Po zawarciu z Armenią porozumienia o normalizacji stosunków Ankara „wykluczyła Izrael ze wspólnych ćwiczeń wojskowych, aby podkreślić swoją dezaprobatę w związku z wojną w Gazie”. A ponadto zapowiedziała, że premier Recep Tayyip Erdogan złoży niebawem wizytę w Iranie, a następnie w Waszyngtonie. Jej zbliżenie z Rosją, z uwagi na problematykę energetyczną, a co za tym idzie projekty gazociągów, nabrało tempa. I nie ukrywa swych zamiarów w Azji Środkowej. „Czy Europa właśnie traci Turcję?”, zastanawia się francuski dziennik. Tureccy liderzy odpowiadają, że ich kraj nie zamierza osłabiać swej obecności w strukturach NATO, ani wycofywać kandydatury do członkostwa w UE. Ale zarazem, jak wyjaśnia Le Monde, „ponieważ Turcja ma poczucie, że jest w centrum nowej geopolityki, trudno by się zadowoliła statusem kandydata do UE”.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat