Są poważniejsze problemy niż budżet

Fakt, że unijni przywódcy nie byli w stanie porozumieć się ze sobą w sprawie budżetu, jest ważny głównie ze względów symbolicznych. Ważniejsza z punktu widzenia przyszłości Wspólnoty jest kwestia efektywności wspólnego rynku, a także relacje pomiędzy państwami strefy euro a tymi pozostającymi poza nią.

Opublikowano w dniu 26 listopada 2012 o 16:29

Jedną z bardzo interesujących rzeczy związanych z Unią jest odwrotnie proporcjonalna zależność pomiędzy ilością pieniędzy, o jakich się dyskutuje, a czasem, jaki liderzy na tę dyskusje tracą.

Doskonale ilustruje to niedawny, dość przygnębiający spektakl zatytułowany „negocjacje budżetowe”. Nagłówki gazet mogą krzyczeć o tryliardzie euro. Ale nie dajmy się zwieść. W końcu suma ta rozłożona zostanie na siedem lat. A w tym okresie prognozowany produkt krajowy brutto Unii wyniesie... sto razy więcej.

Debata toczy się tak naprawdę nie na temat samego budżetu, spór dotyczy tylko jego 3%. W kontekście unijnego produktu krajowego brutto oznacza to 0,03%. Zwykła arytmetyka pokazuje, że naiwnością byłoby przywiązywać jakąś szczególną wagę do makroekonomicznych skutków rozstrzygnięć szczytu.

Z kolei uporanie się z kryzysem w strefie euro wiązać się będzie z realnymi wydatkami. Będzie też miało rzeczywiste znaczenie gospodarcze. To właśnie na tej kwestii, a nie na budżecie, winni skupiać się przywódcy Wspólnoty.

Newsletter w języku polskim

Ograniczony wspólny rynek

Jeśli negocjacje budżetowe, a także upór, z jakim David Cameron domaga się zamrożenia wydatków, są istotne, to z jednego powodu. Mówią nam co nieco o przyszłości samej Unii.

Zamrożony budżet oznacza, że Unia nie dokona niczego nowego. Możemy zapomnieć o Agendzie 2020, a także o jakichkolwiek innych środkach zmierzających do pobudzenia wzrostu gospodarczego.

Podstawowym, choć okaleczonym, projektem Unii pozostaje wspólny rynek. Od zawsze mówiło się o nim w samych superlatywach, tyle że te były na wyrost. Trudno mówić o jego wpływie na PKB. W końcu ustalenia wspólnego rynku nie dotyczą przeważającej części sektora usług. A to on dzisiaj jest największy.

Co z sektorem finansowym? Gdy wybuchł kryzys, poszczególne państwa zaczęły i tu ograniczać działanie wspólnego rynku. Podobnie dzieje się z energią – ta wciąż jest traktowana tak, jakby przynależała do kwestii wewnętrznych.

Zawsze zdawało mi się, że jednolity rynek najbardziej przydawał się podczas oficjalnych kolacji, można było go uczynić tematem przemówień.

Z fiaska negocjacji budżetowych wyciągnąć należy jeden wniosek. Otóż na poziomie samej Wspólnoty proces integracyjny jest już właściwie zakończony. W tym sensie nie jest już aż tak istotne, czy Wielka Brytania pozostanie członkiem Unii, czy też nie.

Nawet jeśli Londyn zdecyduje się na wyjście, nie będzie trzeba rezygnować z jakichkolwiek istniejących już praw, które Brytyjczykom przysługują. Nie zniknie uprawnienie do podejmowania pracy czy osiedlania się w krajach unijnych. Podobnie będzie z dostępem do wspólnego rynku (nawet jeśli przyjmiemy, że to ostatnie rzeczywiście ma znaczenie). W końcu warunki opuszczenia Wspólnoty zawsze można negocjować.

Nawet dziś nie ma przecież wielkiej różnicy, czy przebywa się w Norwegii (poza Unią), czy na Wyspach. Odczuć można co najwyżej wyraźny spadek temperatury.

Ramy prawne

W dzisiejszych czasach Unia pełni dwie funkcje. Dla niektórych czytelników może to być zaskoczeniem. Jak to, tylko dwie?

Po pierwsze, Wspólnota zapewnia instytucjonalne i prawne ramy walki z kryzysem w strefie euro. Nie twierdzę, że walka ta zakończy się sukcesem. Bardzo możliwe, że tak się nie stanie. Ale jeśli euro będzie uratowane, zakończy się uzurpacja wspólnego rynku, który być może wreszcie stanie się bardziej przydatny.

Pierwszym krokiem w kierunku wspólnego rynku w sektorze finansowym byłaby unia bankowa państw strefy euro. W dalszej perspektywie oczekiwałbym powstania podobnych rozwiązań dla usług i siły roboczej. Jeśli czeka nas unia fiskalna, będzie ona dysponować zupełnie innym budżetem niż ten, który obecnie dyskutowany jest na szczycie. Po pierwsze, większym, po drugie – z zupełnie inaczej rozłożonymi akcentami. Stanie tak, bo unia taka miałby za cel zapewnienie stabilizacji makroekonomicznej.

A druga funkcja Unii? To rodzaj poczekalni dla tych państw, które nie przyjęły jeszcze wspólnej waluty, ale planują to zrobić w przyszłości. Prawdziwa granica przebiega tu bowiem nie pomiędzy siedemnastką, która ma już euro, a dziesiątką, która pozostała przy narodowej walucie.

Ważniejszy jest inny podział. Z jednej strony są kraje strefy euro oraz te, które deklarują chęć przystąpienia do niej. Z drugiej – państwa, które od początku do końca wspólnej walucie mówią „nie”. W tej drugiej grupie znajdziemy rzecz jasna Wielką Brytanię. Towarzyszą jej Czechy. Należą tu też – choć z mniejszym zdecydowaniem – Szwecja i Dania.

Nieunikniony rozwód

W ostatecznym rozrachunku nie jest aż tak istotne, czy członkowie tej drugiej grupy opuszczą Unię formalnie (lub czy podziękują im kraje strefy euro), czy też pozostaną po prostu na bocznym torze.

Jakiś – mniej lub bardziej kłopotliwy – rozwód będzie miał miejsce. Możliwe, że stanie się to dopiero za kilka lat.

Ale na dłuższą metę nie da się utrzymać systemu, w którym wieczni outsiderzy cieszą się takimi samymi prawami do decydowania o przyszłości Unii co inni.

Nie zmienia tego nawet legendarna cierpliwość Brukseli co do wszelkiego rodzaju rozwiązań tymczasowych. Prawda jest bowiem taka, że na próżno szukać stabilnego środowiska, które znajdowałoby się w samej Unii, pozostając jednocześnie poza strefą euro.

Zmniejszająca się rola Unii na rzecz strefy euro jest również istotna z punktu widzenia polityki zagranicznej czy polityki bezpieczeństwa. Dochodzi do tego wpływ na powiększenie Wspólnoty.

Upierając się przy zamrożeniu unijnego budżetu, premier Cameron tak naprawdę robi eurolandowi przysługę. Podkopując fundamenty Unii, zachęca strefę euro, by wzięła we własne ręce swoje interesy. Dlatego właśnie go popieram.

Instytucje europejskie

Urzędnicy żądają zbyt wiele

Nie tylko państwa bronią swoich partykularnych interesów w dyskusjach nad unijnym budżetem. Frankfurter Allgemeine Zeitung krytykuje „egocentryzm instytucji” domagających się zwiększenia przeznaczonych dla nich środków, a jednocześnie dopominających się od krajów członkowskich cięć budżetowych. 6% europejskiego budżetu na lata 2014–2020 ma pójść na administrację Wspólnoty. Niemiecki dziennik uważa, że –

nie ma powodu, by podczas długotrwałego okresu zaciskania pasa personel UE nie doświadczał tego, co jest od lat udziałem urzędników i pracowników w poszczególnych krajach Europy. […] W Brukseli pomstowanie na rządy i traktowanie interesów własnych na równi ze wspólnym dobrem europejskim należy do dobrego tonu. Ten egocentryzm jest źródłem prawdziwego deficytu demokracji w UE.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat