Syndrom Kaudera

„Europa przemawia głosem Niemiec!”, cieszy się niemiecki deputowany Volker Kauder. Strzeżcie się pychy, radzi Berliner Zeitung. Nie tak powinna wyglądać federacja wolnych demokracji.

Opublikowano w dniu 22 listopada 2011 o 15:54

Kiedy w 1988 r. na ekrany kin wszedł genialny film „Man spricht deutsh” (Mówi się po niemiecki) z artystą kabaretowym Gerhardem Poltem w roli głównej, widzowie nie mieli większych oporów, by śmiać się z tej satyry na niemieckich turystów bawiących na urlopie we Włoszech. Dwa lata przed zjednoczeniem Niemiec nie było wątpliwości, że z tak skrajnymi przypadkami zarozumialstwa i narodowego szowinizmu można się zetknąć co najwyżej na polach kempingowych lub wśród zasiedziałych bywalców knajp. Oficjalna polityka niemieckiego rządu uchodziła natomiast za w pełni europejską i nikt nie podejrzewałby jej o zapędy lub zachowania hegemonistyczne.

Tymczasem dziś brytyjski publicysta Timothy Garton Ash proponuje, by do języka angielskiego wprowadzić nowy czasownik „to kauder” (kauderzyć). Miałby on być używany w sytuacji, gdy znany polityk wygłasza na forum europejskim opinie, które pojawiały się dotychczas w dyskusjach przy piwie w knajpie za rogiem. Ash poczynił tu aluzję pod adresem Volkera Kaudera, przewodniczącego klubu parlamentarnego niemieckiej chadecji i zaufanego współpracownika Angeli Merkel, który na zjeździe partyjnym CDU w ubiegłym tygodniu oświadczył z werwą, że nagle „w Europie mówi się po niemiecku!”.

Dzieląc się z zebranymi swoim spostrzeżeniem, Kauder nie miał bynajmniej na myśli promowanej równie uparcie, co bezskutecznie przez CDU inicjatywy ustanowienia niemieckiego jako języka roboczego w Brukseli. Poseł odniósł się do niemieckiego dyktatu w kwestiach polityki oszczędnościowej i stabilizacyjnej, by nie powiedzieć – polityki ostrego zaciskania pasa. Choć od premiery filmu Polta nie minęło 25 lat, satyra stała się rzeczywistością.

Świętowanie niemieckiej dominacji

Podczas gdy w Europie narastają obawy przed germańską dominacją, Niemcy nic sobie z tego nie robią. Wręcz przeciwnie, rządzący świętują ostatnie wydarzenia jako sukces. Chwilami można odnieść wrażenie, że coraz więcej polityków z Berlina podziela opinię filmowych turystów, iż Włochy (tudzież każde inne państwo na południu Europy) byłyby całkiem przyjemnym krajem, gdyby tylko nie ci Włosi.

Po tym, jak niemiecka polityka hegemonistyczna prowadzona przez Bismarcka, Wilhelma II czy Hitlera za każdym razem kończyła się katastrofą i prowadziła do całkowitej kompromitacji i upadku politycznego i moralnego niemieckiego państwa narodowego, powojenna idea włączenia Republiki Federalnej do struktur wspólnoty (zachodnio) europejskiej miała niezmiennie dwa cele: powrót tego kraju na łono wspólnoty narodów oraz ustrzeżenie kontynentu przed niemieckimi dążeniami mocarstwowymi.

Fakt, że tę politykę realizowano wiarygodnie i z powodzeniem przez kilkadziesiąt lat, jest historyczną zasługą Konrada Adenauera, Willy’ego Brandta oraz Helmuta Kohla. Kiedy jednak w 1990 r. stało się jasne, że w sercu Europy powstaną zjednoczone, a przez to o wiele potężniejsze Niemcy, zarówno wśród sąsiadów, jak i w niektórych kręgach niemieckich pojawiły się wątpliwości, czy kraj ten pozostanie wierny swym dotychczasowym zobowiązaniom.

W odpowiedzi na te obawy Kohl i jego towarzysze przywołali słowa Tomasza Manna: „Nie chcemy niemieckiej Europy, lecz europejskich Niemiec”. W zastaw dali oni nawet markę niemiecką, lubiany i powszechnie szanowany symbol powojennego cudu gospodarczego.

Zauważalna zmiana mentalności

Z czasem jednak mentalność zaczęła się zmieniać. Proces ten był początkowo niemal niezauważalny, ale zyskał na wyrazistości w 2009 r., kiedy Trybunał Konstytucyjny wydał opinię w sprawie traktatu lizbońskiego. Zawarte w niej sformułowania podkreślające suwerenność państwa niemieckiego przez wielu zostały odebrane jako preludium do Europy urządzonej pod dyktando Niemiec. Dopiero jednak kryzys euro sprawił, że teoretyczne rozważania w wąskim gronie biegłych w prawie mędrców stały się polityczną rzeczywistością – i to na sposób o wiele bardziej bezwzględny, niż chcieliby tego sędziowie trybunału.

W pewnym sensie należałoby docenić wystąpienie Volkera Kaudera, gdyż wygłoszone przezeń wyniosłe i aroganckie tezy rozwiały mgłę dyplomatycznych frazesów dającą politykom złudzenie dobrze spełnianego obowiązku. Jak bowiem do idei demokratycznej i różnorodnej Europy, gdzie panuje równouprawnienie, przystaje fakt, że krajom na południu kontynentu narzuca się zaprojektowany w Berlinie gorset polityki oszczędnościowej, której ponoć nie da się na nic innego zamienić, a nad jej realizacją ma czuwać tzw. rząd ekspercki? I jak pogodzić naciski niemieckich polityków na Europejski Bank Centralny z proklamowaną wszem wobec niezależnością tej instytucji?

Na korzyść Angeli Merkel przemawia z pewnością to, że nigdy nie dążyła do objęcia kierownictwa w Europie. Gospodarcza potęga Republiki Federalnej, będąca wynikiem sukcesu euro na rynkach światowych oraz niemieckiej polityki zaciskania pasa w ostatnich latach, sprawiła jednak, że pani kanclerz została zmuszona przejąć przywództwo we własnej sprawie. I oto nagle plan przeprowadzenia referendum w Grecji staje się zagrożeniem, Paryż obiera kurs wyznaczony przez Berlin, a droga prowadzi nieuchronnie do realizacji koncepcji twardego jądra Europy ukształtowanego na wzór niemiecki i składającego się z państw strefy euro – niewykluczone, że wkrótce tylko z tych najsilniejszych.

Zamiłowanie do spraw europejskich, jakie odkryła w sobie Angela Merkel, nie jest z natury czymś złym. Reprezentowana przez nią wizja Europy ma jednak niewiele wspólnego z sojuszem wolnych i równych państw demokratycznych, jaki wymarzyli sobie jej poprzednicy.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat