Islandia chce być rajem dla dziennikarzy. Parlament w Rejkiawiku ma debatować nad propozycją przyjęcia ustaw zwiększających ochronę żurnalistów i ich źródeł informacji po to, by umocnić wolność słowa. Inicjatywa ta nie jest przypadkowa, w kraju tym już wcześniej swoboda wypowiedzi była najszersza, tak wynika z klasyfikacji organizacji Reporterzy bez Granic. Projekt, o którym mowa, noszący nazwę „Islandzka inicjatywa na rzecz modernizacji mediów”, został oficjalnie złożony w parlamencie w Rejkiawiku przez kilku posłów zmobilizowanych do działania przez przedstawicieli strony internetowej WikiLeaks, specjalizującej się publikacjach na gorące tematy. Jeśli inicjatywa zyska wymagane poparcie, to rząd poprosi o wniesienie pod obrady izby zestawu ustaw mających chronić dziennikarzy i ich źródła informacji.

Po jej wejściu w życie gazety, stacje telewizyjne i portale internetowe z całego świata mogłyby w Islandii otworzyć swoje biura offshore. Ten cel można by zrealizować, wprowadzając od prawa obowiązującego na wyspie „dobre praktyki” ustawodawcze z całego świata, wyjaśnia Julian Assange, edytor Wikileaks. „W różnych krajach są dobre ustawy, ale nie ma żadnego, w którym przestrzegano by wszystkich naraz”. Wikileaks dysponuje serwerami rozmieszczonymi w strategicznych miejscach niemal na całym globie, co pozwala publikować albo ukierunkować informacje do krajów, gdzie ramy prawne są wystarczająco liberalne. W ciągu minionych trzech lat strona została pozwana ponad sto razy, ale nie przegrała żadnego procesu. Propozycja złożona przez nią Islandii jest wynikiem jej własnych doświadczeń.

Koniec „turystyki zniesławienia”

Nowe ustawodawstwo ma objąć ochroną prawną nie tylko źródła informacji, ale też osłaniać komunikację między dziennikarzami a tymi źródłami. Ma też wprowadzać rozwiązania, które położą kres tak zwanej „turystyce zniesławienia”, czyli praktyce polegającej na wytaczaniu procesów przed sądami tych państw, w których orzecznictwo jest bardziej korzystne dla skarżących, niezależnie od tego, gdzie obie strony mają swoją siedzibę. Gdyby propozycje zmieniły się w przepisy prawa, to na ich mocy ci, którzy byliby oskarżeni o zniesławienie, mogliby sami wytoczyć takim „turystom” kontrproces na Islandii. Andrew Scott, profesor prawa z London School of Economics ocenia, że te rozwiązania „uczyniłyby, w majestacie prawa, skromnego islandzkiego [dziennikarza] nadczłowiekiem. Sądy poza Islandią nie mogłyby już go ścigać za komentarze, które wygłosił we własnym kraju”.

Projekt, gdyby się ziścił, ma na celu nie tylko brać w obronę dziennikarzy, ale również przedsiębiorstwa, które publikują owoce ich pracy, strony internetowe, na których zamieszczane są informacje, bądź innych pośredników. „Nie chodzi o umożliwienie bezkarnego publikowania obelżywych treści, ani uczynienie z Islandii kraju dla tabloidów, pedofilów albo chroniącego inną aktywność tego rodzaju”, wyjaśniają pomysłodawcy. „Idzie o to, aby stworzyć korzystne ramy dla dziennikarstwa śledczego i wolności słowa, życzliwe środowisko, które przyciągnie aktywność mediów z całego świata”, uściśla Julian Assange.

Islandię wybrano dlatego, że jej kręgi polityczne są podatne na zmiany. Kraj ten zajmuje zresztą pierwsze miejsce w rankingu wolności prasy za rok 2008 opublikowanym przez organizację Reporterzy bez Granic i dziewiąte miejsce w rankingu za rok ubiegły, co oznacza, że obowiązują tam jedne z najbardziej liberalnych przepisów regulujących wolności słowa. Redaktorzy Wikileaks sądzą, że w Islandii nie zabraknie również woli politycznej, aby wprowadzić tego typu reformę, bo tamtejsze media już niemało ucierpiały wskutek „turystyki zniesławienia”.