Almere i Haga są po ogłoszeniu wyników wyborów w stanie politycznego szoku. Partia Wolności (PVV) populisty Geerta Wildersa, uczestnicząca po raz pierwszy w tego rodzaju głosowaniu, stała się z dnia na dzień w obu miastach pierwszoplanowym aktorem sceny politycznej: w Almere zdobyła najwięcej głosów, w Hadze była druga. Choć były powody, by się takiego wyniku spodziewać, niemniej dopiero dzisiaj zmienia on układ sił w holenderskiej polityce.

PVV uchodziła do tej pory za partię, która lubi rzucać gromkie hasła, ale nie za bardzo ma ochotę wziąć na siebie odpowiedzialność za rządzenie. Z góry wiadomo, że większość jej propozycji, takich jak zakaz noszenia islamskich chust, jest w Holandii nie do przyjęcia. Powstaje jednak pytanie, czy teraz, kiedy już może uczestniczyć w zarządzaniu dwoma miastami, będzie się nadal trzymała na uboczu, czy też zechce zaistnieć w obrębie obecnego systemu politycznego. Jeśli tak, będzie się musiała uporać z tak trudnym zadaniem, jak spełnienie politycznych obietnic, i dokonać realistycznych wyborów. Każda partia, której znaczenie rośnie, nie ma wyjścia ‒ musi potwierdzić swą wiarygodność.

Mało odważna strategia

Często słychać głosy, że PVV kreuje rzeczywistość, której tak naprawdę nie ma. Ale jej wyborcy głosują na nią, ponieważ krytykuje rzeczywistość, której sobie wyraźnie nie życzą. I chociaż w Almere nie ma wielu muzułmanów, mieszkańcy głosowali na partię islamofobiczną. Widocznie chcą się w ten sposób uchronić przed rzekomo ponurą przyszłością lub tym, czego zaznali przed sprowadzeniem się do tego nowego miasta.

Często zarzucano Wildersowi, że jego strategia była mało odważna, sprowadzała się do udziału partii w wyborach w dwóch tylko miastach, ale jego zwolennicy ją zaakceptowali. Zresztą większość ugrupowań politycznych nie startowała we wszystkich miastach. Wilders zaapelował do swoich sympatyków, żeby w Rotterdamie głosowali na populistyczną partię Leefbaar Rotterdam, która miała lepsze notowania i dowiodła w przeszłości, że nie cofa się przed odpowiedzialnością za rządzenie.

Stosunkowo niska frekwencja

Po sukcesie odniesionym w wyborach do Parlamentu Europejskiego w ubiegłym roku i teraz w wyborach samorządowych, można z góry przesądzić, że podstawową kwestią podczas nadchodzącej elekcji do parlamentu będzie wynik, jaki w niej osiągnie PVV. Zachowania tych, którzy 3 marca poszli do urn (frekwencja była niska – 56%), i tych, którzy pójdą do nich za trzy miesiące, mogą – tak zazwyczaj bywa – różnić się od siebie. I nie jest wcale wykluczone, że głos sprzeciwu zabrzmi w pełni dopiero 9 czerwca.

Ważniejsza od liczby głosów, jakie zdobędzie PVV, jest elastyczność holenderskiego systemu politycznego – jak kraj, w którym tradycyjnie sprawują władzę rządy koalicyjne, poradzi sobie z PVV, która może się okazać trzecią, a może nawet pierwszą co do wielkości partią? Jedyna odpowiedź na to pytanie brzmi: będziemy się musieli z tym pogodzić, lepszego systemu nie mamy.