Lizbona spokojnie szykuje się na burzę

Aby uniknąć losu Grecji, Portugalia, która nie ma dużo lepszej od niej sytuacji, zatwierdziła plan oszczędności, zakłada on pobudzenie do rozwoju pogrążonej w marazmie gospodarki. Jak pisze La Vanguardia, Portugalczycy z rezygnacją i spokojem przyjmują perspektywę kolejnych chudych lat.

Opublikowano w dniu 4 maja 2010 o 15:36
Czekając na greckie tsunami: uliczki starej Lizbony w zapadającym zmierzchu.

Grecki kryzys dotarł także nad brzegi Tagu i dziś kraj od dawna mający skłonność do melancholii i usuwania się na ubocze, znalazł się w samym środku europejskiej burzy. Oczywiście portugalskim wskaźnikom daleko jeszcze do tych greckich. Podczas gdy w Atenach deficyt budżetowy w 2009 r. sięgał 12,7 procent, a dług publiczny w roku bieżącym wynosi 124 procent PKB, Pałac Belém, siedziba portugalskiego prezydenta, podaje mniej alarmujące dane: deficyt budżetowy wynosi tu 9,4 procent, a dług publiczny 85 procent PKB. Mimo to oprocentowanie dziesięcioletnich portugalskich obligacji skarbowych osiągnęło w tym tygodniu 6 procent, co oznacza, że gwarantowany przez nie zysk jest większy niż w przypadku papierów niemieckich.

W obliczu sytuacji na rynkach światowych socjalistyczny rząd José Socratesa przedstawił w Brukseli „Plan Stabilizacji i Rozwoju” (PEC), mający zaprowadzić do obniżenia deficytu finansów publicznych do 2,8 procent w 2013 roku. Zapowiedź wprowadzenia cięć budżetowych pociągnęła za sobą strajki w sektorze transportu i wśród pracowników poczty, ale w sumie sytuacja nie wyglądała groźnie. Mimo niezadowolenia wywołanego faktem, że wskaźnik bezrobocia wzrósł ostatnio do 10,2 procent, co nie zdarzyło się przez ostatnie 40 lat, reakcja ulicy jest umiarkowana.

Na czym w takim razie polega problem Portugalii? „Na niskiej wydajności, która przekłada się na powolne tempo rozwoju”, odpowiadają analitycy i przedsiębiorcy. Rzeczywiście, przez ostatnich kilka lat portugalska gospodarka praktycznie stoi w miejscu; jej wskaźniki wzrostu są najniższe w całym regionie, gdy brać pod uwagę czas od kiedy kraj dołączył do strefy euro. „Poważnym problemem jest tu popyt wewnętrzny”, twierdzą portugalscy ekonomiści.

Na rynku wewnętrznym rozbudowana biurokracja, która w dużej mierze oddziałuje na sytuację w kraju, hamuje wszelkie próby wprowadzenia innowacji, nawet w bardzo prężnym sektorze pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych. Ponadto Portugalia poniosła duże straty w wyniku rozszerzenia Unii Europejskiej na Wschód oraz ekspansji gospodarczej takich krajów jak Chiny, ponieważ niskie koszty pracy w tych krajach wpłynęły na ograniczenie portugalskiego eksportu.

„Fundusze strukturalne przyznawane przez Unię Europejską wykorzystywane są na poprawę infrastruktury, ale nie na wzmocnienie przemysłu”, dodają eksperci. Wszystko to razem spowodowało poważne straty. Po wielu latach, podczas których rozwój portugalskiej gospodarki opierał się głównie na niskich kosztach pracy, wzrost wynagrodzeń przewyższający wzrost wydajności sprawił, że koszt siły roboczej w Portugalii jest dziś znacznie wyższy niż w Niemczech. W ten pogrążony w zastoju świat uderzyła fala tsunami wywołana zwiększoną płynnością finansową w strefie euro, wynikającą z niskich stóp procentowych Europejskiego Banku Centralnego.

Skutek? Kraj, w którym pracownicy stawali się coraz mniej konkurencyjni, ponieważ chroniły ich bardzo surowe przepisy prawa pracy, zadłużył się po uszy, korzystając z łatwo dostępnych kredytów. W ten sposób zobowiązania gospodarstw domowych wzrosły do 100 procent PKB, a przedsiębiorstw do 140 procent PKB. Tymczasem całkowite zadłużenie Portugalii, włączając w to dług publiczny, przekracza 300 procent PKB. Sytuację pogarsza jeszcze fakt, że zadłużenie to nie było oparte na wewnątrzkrajowym wzroście gospodarczym, toteż kraj zapożyczył się przede wszystkim u podmiotów zagranicznych.

W ten sposób Portugalia niepostrzeżenie jeszcze bardziej osłabiła swoją pozycję wobec międzynarodowych rynków finansowych. Niektórzy zastanawiają się, w jaki sposób mało konkurencyjny kraj, o niskim wzroście gospodarczym, będzie mógł teraz to wszystko spłacić? Specjaliści tacy jak Kenneth Rogoff, były dyrektor ekonomiczny Międzynarodowego Funduszu Walutowego, przestrzegają przed niebezpieczeństwem, jakie mogą nieść ze sobą owe parametry, prowadząc do sytuacji, w której w Portugalii bardzo łatwo mogłoby dojść do takiego samego kryzysu jak w Grecji.

Rząd przedstawił plan stabilizacji, ale przede wszystkim jest to plan rozwoju, który ma posłużyć przezwyciężeniu problemów gospodarczych kraju. Obejmuje rozbudowę infrastruktury, budowę zbiorników wodnych, sieci elektrycznych oraz linii szybkiej kolei do Madrytu. Wynika z tego, że szuka się wyjścia z kryzysu ponad tymi wszystkimi problemami, stawiając na nowoczesną i stabilną gospodarkę, opartą na publicznych inwestycjach.

Jednak ten plan oznacza również koniec złudzeń i pogodzenie się z brutalną rzeczywistością. Niesie ze sobą cięcia budżetowe, porzucenie myśli o interwencyjnej polityce publicznej, wysiłki na rzecz zwiększenia eksportu i zwiększenie oszczędności wewnątrz kraju. Program zakłada zaciskanie pasa i pogodzenie się z obniżeniem poziomu życia. W Lizbonie, co ciekawe, te propozycje nie wywołały zbytniego poruszenia, po dziesięciu latach stagnacji. W rzeczywistości kryzys finansowy z 2008 roku nastąpił po fazie, w której czuło się pewne zniechęcenie. „Po prostu nadal będzie tak samo”, mówią w lizbońskim city. W krainie fado ludzie mają nieograniczone zasoby cierpliwości.

Rada eksperta

Czy Portugalię można uratować?

Co Portugalia powinna zrobić, aby nie podzielić losu Grecji? Lizboński dziennik Expresso zadał to pytanie kilku międzynarodowym ekspertom. Ricardo Reis z Univeristy of Columbia w Nowym Jorku zaleca rządowi „kontrolę wydatków publicznych”. Peter Cohan, doradca finansowy z Bostonu, dodaje to tego konieczność ogłoszenia „planu znacznej obniżki deficytu z wyraźnie określonym celem i harmonogramem spłat długu publicznego”. Z kolei Gary Dymski, specjalista ds. sytuacji kryzysowych z University of California, twierdzi, że tamtejszy rząd powinien „zmobilizować się na trzech płaszczyznach: musi współpracować z innymi zagrożonymi państwami w poszukiwaniu wspólnych pomysłów i rozwiązań; musi działać w obrębie strefy euro w imieniu innych zagrożonych państw oraz powinien zachęcać społeczeństwo do walki o wyższe standardy życia i utrzymania systemu opieki socjalnej”. W podobnym duchu wypowiada się również David Caploe z Singapore Economy Watch, który namawia portugalskie władze, aby „PUBLICZNIE domagały się od agencji ratingowych, takich jak S&P, ujawnienia kryteriów, które stosują podczas przyznawania ratingów – szczególnie kiedy porównują Portugalię z innymi bardziej rozwiniętymi krajami o podobnym profilu statystycznym, ale którym NIE obniżyły ratingu”.

Julian Callow, główny ekonomista ds. Europy w Barclays Capital, radzi, aby kraj przyspieszył konsolidację finansów publicznych i sugeruje, że „dobrym pomysłem byłaby dwuprocentowa podwyżka VAT i trzyprocentowa obniżka wynagrodzeń w sektorze publicznym”. Choć sytuacja, w której znalazła się Portugalia jest zupełnie inna od greckiej, to zagraniczni inwestorzy pozostają sceptyczni wobec możliwości spłat długu publicznego, szczególnie przy prognozowanym na najbliższe lata niskim wzroście gospodarczym. Pewne jest tylko jedno. Portugalia wciągana jest w epicentrum europejskiego kryzysu finansowego i nie będzie jej łatwo wyjść stamtąd bez szwanku.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat