Czy jesień będzie gorąca?

Wielu Europejczyków wcale nie ma ochoty płacić za kryzys bankowy i wychodzi na ulice, by zademonstrować swoje niezadowolenie. Ale trzeba będzie zaczekać do końca lata, by się przekonać, czy rządy powinny rzeczywiście się tym niepokoić.

Opublikowano w dniu 2 lipca 2010 o 15:28

Na pierwszy rzut oka strajkujących Greków, Francuzów i Włochów nic nie łączy. Jeden się denerwuje spadkiem swoich dochodów, drugi chce zachować prawo do przejścia na emeryturę w wieku 60 lat, trzeci martwi się o pracę. A jednak manifestanci tych i innych krajów mają wspólne przeświadczenie, że oto każe im się płacić za kryzys bankowy.

Kraje europejskie prześcigają się w ogłaszaniu planów oszczędnościowych. W wielu z nich zapowiadane jest zamrożenie płac, podwyższenie wieku emerytalnego, obniżenie zasiłków społecznych i uelastycznienie przepisów tak, by łatwiej było ludzi zwalniać. Odbywa się wiele strajków, ale jak na razie ich skutki są niewielkie. „Jest po prostu zbyt wcześnie na zdecydowane akcje”, tłumaczy Ton Wilthagen, ekspert ds. rynku pracy z uniwersytetu w Tilburgu. Tylko w Grecji i Hiszpanii wiadomo, co kryzys budżetowy znaczyć będzie dla pracowników, gdzie indziej jeszcze nie. „Byłoby niemądre organizować z góry strajk”.

Strajki są wyhamowywane, żeby nie otwierać furtki prawicy

„Co więcej, w krajach takich jak Hiszpania, Portugalia i Grecja wyraźnie odczuwalny jest lęk przed narodowym bankructwem. Dlatego też pracownicy niezbyt chętnie podchodzą do wszelkich akcji skierowanych przeciwko decyzjom rządowym”, tłumaczy Anton Hemerijck, analityk polityki instytucjonalnej z Wolnego Uniwersytetu w Amsterdamie. Nie bez znaczenia jest też fakt, że w Grecji i w Hiszpanii władzę sprawują rządy lewicowe. „Nie chcą zwiększać ryzyka powrotu do władzy po najbliższych wyborach partii prawicowych”.

Czy mogą zmienić zdanie? „Europa Północna może przyjąć w odruchu paniki politykę oszczędności wykluczającą jakiekolwiek perspektywy wzrostu. A uzdrowienie gospodarki w krajach południowych zależy właśnie od Północy. Gdyby miało się tak stać, możemy mówić o ciszy przed burzą”.

Związkowcy spuszczają z tonu pod wpływem Brukseli

Nie podziela tego poglądu Holenderka Catelene Passchier, członek kierownictwa Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych (ETUC). Uważa, że przeciętny Europejczyk „ma uczucie, że musi płacić za banki”, nie zaakceptuje więc decyzji władz. I jeśli rządy w dalszym ciągu będą udawać, że tego nie widzą, „jesień będzie jeszcze gorętsza”.

Romke van der Veen, profesor socjologii z uniwersytetu w Rotterdamie, przyznaje jednak, że umiarkowana postawa związków zawodowych w krajach Europy Południowej jest owocem działań Brukseli. „UE stara się od dziesięciu lat dostosować swoją politykę do postulatów partnerów społecznych. Przez długi czas na południu Europy najpierw się organizowało strajk, a dopiero potem zasiadało do rozmów”. Krajom tym wciąż daleko do kultury negocjacji przyjętej w Belgii. Wystarczy popatrzeć na krwawe demonstracje w Grecji na początku maja.

Ograniczona solidarność związków zawodowych

Zdaniem Passchier „związki zawodowe powinny w Europie współpracować, stawiać wspólnie czoło problemom i działać solidarnie”. Uważa ona, na przykład, że należy domagać się na poziomie europejskim złagodzenia warunków kredytowych dla Grecji. „Oszczędności dokonuje się ze szkodą dla zdobyczy socjalnych i możliwości uzdrowienia gospodarki. Nie wolno zapominać, że w kraju tym dopiero niedawno przywrócono demokrację. W naszym wspólnym interesie leży, by ta demokracja przetrwała” kryzys.

Ale jak przekonać do tego szarych ludzi? Hiszpański pracownik odczuwa na własnej skórze decyzje Madrytu, ale nie Aten. „Gdy przychodzi co do czego większość związków zawodowych wybiera mimo wszystko interes swoich własnych ludzi”, tłumaczy ekspert ds. strajków Sjaak van der Velden.

Niepokoje społeczne na wielką skalę?

Związki zawodowe ogłosiły 29 września europejskim dniem działania. Nie wiadomo jeszcze, na czym będzie on polegać. „Lato jest złym czasem na strajk”, mówi van der Velden. „Nie należy więc dopatrywać się w obecnym spokoju jakiejś prognozy.” Anton Hemerijck uważa, że teoretycznie związki zawodowe mogłyby sparaliżować całą Europę. Dodaje jednak, że nie ma raczej takiego zagrożenia.

„Nie będą to na pewno demonstracje tak gwałtowne jak w latach 80., kiedy brytyjscy górnicy starli się z Thatcher. W tamtych czasach ruch związkowy był jeszcze prawdziwym ruchem klasowym”. Ale Hemerijck ostrzega polityków: „Jeśli pracownicy sektora publicznego i przemysłu będą działać naprawdę razem, może to wywołać ogromny chaos. Nie można teoretycznie wykluczać, że niektóre kraje Europy Południowej i euro może to rozłożyć”.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat