Niepowodzenie pewnego europejskiego eksperymentu

Belgia, od dawna uważana za możliwy prototyp przyszłej Unii Europejskiej, stoi w obliczu wyborów, które mogą doprowadzić do jej ostatecznego rozpadu. Dla innych krajów członkowskich Wspólnoty może być to zwiastun pogłębienia podziału kontynentu na linii północ-południe.

Opublikowano w dniu 11 czerwca 2010 o 16:58

Kiedy w 2007 r. po raz ostatni w Belgii odbyły się wybory powszechne, potrzeba było 282 dni na stworzenie w pełni okrzepłej koalicji rządowej. Teraz Belgowie wrzucają kartki do urn w przedterminowych wyborach w niedzielę 13 czerwca. Stworzenie koalicji może być tym razem jeszcze trudniejsze.

Wśród posługujących się językiem niderlandzkim mieszkańców Flandrii na północy kraju, w sondażach prowadzi populistyczny buldog Bart De Wever, który przedstawia frankofońskie południe jako „uzależnione” od transferów ze strony gospodarnych Flamandów. Zamierza podzielić system podatkowy na dwa, podobnie jak ubezpieczenia społeczne i większość innych wydatków publicznych. Król państwa zwanego Belgią może zostać. Na razie, bo – jak mówi De Wever – „naturalna ewolucja” prowadzi do niepodległej Flandrii.

Natomiast w sondażach prowadzonych wśród populacji francuskojęzycznej, stanowiącej do 40 proc. mieszkańców Belgii, prowadzi Elio Di Rupo, socjalista, którego zawołaniem jest wewnątrzbelgijska „solidarność” (to jest utrzymanie transferu środków z Flandrii). Choć dług publiczny Belgii sięga 99 proc. dochodu narodowego, Di Rupo obiecuje podniesienie wydatków na zdrowie i emerytury ponad poziom inflacji. W jakiś sposób, przy porozumieniu tych dwóch polityków, trzeba będzie sformować koalicję.

Wzorzec, który okazał się pustą wydmuszką

Kampania wyborcza nie była szczególnie imponująca. Belgijscy przywódcy prawie nie zajmowali się najniebezpieczniejszym kryzysem gospodarczym Europy, jaki dotknął to pokolenie. Zamiast tego spierali się o prawa językowe we flamandzkich gminach z dużą liczbą frankofońskich mieszkańców, i o inne lokalne zawiłości.

Przez lata federalna Belgia uważała, że może być wzorem dla Unii Europejskiej, jako miejsce, w którym władza płynie w dół do regionów i w górę do europejskiego superpaństwa, pozostawiając państwo narodowe jako pustą wydmuszkę między nimi. Jak można się było spodziewać, Belgowie uwielbiali tę wizję – obiecywała rozpuszczenie ich przysparzającego problemów królestwa w Stanach Zjednoczonych Europy (z Brukselą jako ich stolicą). Europa poszła jednak inną drogą. Państwa okazały się trudne do wyplenienia, a kilku wielkich narodowych przywódców zdominowało unijną politykę.

Teraz wybory mogą uczynić z Belgii innego rodzaju wzorzec dla Europy: unię, w której podziały na linii północ-południe podkopują gospodarczą i polityczną integrację. Spójrzmy na hasła, jakimi szermuje De Wever. Nie tylko na prawo i lewo trąbi o transferach miliardów euro z Flandrii. Rzuca też oskarżenia, że na południu kraju urzędnicy podatkowi są mniej gorliwi. Utyskuje, że flandryjskie autostrady pełne są fotoradarów, a w Walonii ich nie ma. Jego partyjny kolega, regionalny minister ds. budżetu, uskarża się, że oszczędna Flandria planuje w 2011 r. nadwyżkę, podczas gdy francuskojęzyczni władcy Brukseli i Walonii zamierzają pozwalać sobie na deficyt przez kolejne 5 lat.

Unia dwóch bloków

Zaraz na północ od Belgii, w Holandii, Europa ledwie zaistniała w kampanii przed wyborami, które odbyły się 9 czerwca. Jednak Mark Rutte, przywódca prawicowo-liberalnej partii VVD i zapewne kolejny premier kraju, poprzysiągł starać się o znaczne obcięcie holenderskich wpłat do unijnego budżetu. Odrzuca też unijną pomoc dla biedniejszych regionów, bo to w większości „recykling pieniędzy”. Takie skargi objawiają kulturowe zderzenie na linii północ–południe równie wyraźnie, co nagłówki niemieckiej prasy, pytającej, dlaczego Niemcy mają płacić za greckie emerytury od 55 roku życia.

Wszystko to ma konsekwencje dla Unii. Europa podzielona jest na blok germański, zdecydowany ocalić euro dzięki dyscyplinie budżetowej, oraz blok południowy, pod wodzą Francji, który chce ratować sytuację zabiegami takimi jak tanie pożyczanie dzięki euroobligacjom, a także transfery od bogatych do biednych w obrębie „unii fiskalnej”.

Jeśli jednak Belgia, jeden kraj z jednym skarbcem, ma problemy z utrzymaniem swojej unii transferowej, to jakie są nadzieje, by taką unię stworzyła od zera Europa? Południowi orędownicy „solidarności” oskarżają Północ o egoizm. To nadmierne uproszczenie – nie jest to bowiem tylko walka o pieniądze. Belgia daje Europie jeszcze jedną naukę: żeby wyborcy przyzwolili na transfer bogactwa, muszą mieć poczucie, że odbiorcy ponoszą przed nimi demokratyczną odpowiedzialność.

Euromarzyciele mówią, że unię fiskalno-transferową można by zbudować za sprawą legitymizacji Parlamentu Europejskiego. Tyle że w realnym świecie większość wyborców ani nie wie, ani nie dba o to, kto reprezentuje ich w unijnym parlamencie. Oparcie zbyt wielkiego projektu na tych kruchych fundamentach może grozić jego upadkiem. W takim razie, mówią marzyciele, w przyszłych eurowyborach przewodniczący Komisji Europejskiej i niektórzy deputowani powinni startować z paneuropejskich okręgów. Kiedy już kontynent zaakceptuje paneuropejską politykę, możliwe staną się wszelkiego rodzaju budżetowe i fiskalne unie. Brzmi to nawet logicznie, ale demokratyczne podziały w Europie są głębokie. Spytajcie Belgów, którzy w dziesięciomilionowym kraju nie potrafią zdobyć się na politykę panbelgijską.

Are you a news organisation, a business, an association or a foundation? Check out our bespoke editorial and translation services.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo europejskie

Europejska demokracja potrzebuje niezależnych mediów. Voxeurop potrzebuje ciebie. Dołącz do naszej społeczności!

Na ten sam temat